rageman.pl
Film

C’mon C’mon

rok: 2021

reżyseria: Mike Mills

 

Porozmawiajmy o Joaquinie Phoenixie. Życie Joaquina już na początku jego dorosłego etapu naznaczyła tragedia, jakim była śmierć jego brata Rivera. A że jego brat także był aktorem, który jeszcze za krótkiego życia zdążył zaskarbić uwielbienie widzów i uznanie krytyków, Joaquin poza utratą najbliższej osoby musiał udźwignąć także fakt, że przez długi czas jego aktorska działalność będzie porównywana do dokonań starszego brata. I rzeczywiście, w latach 90-tych nic specjalnie nie zapowiadało, że jako aktor będzie kimś więcej niż bratem swego brata. Nie aby poszedł w jakąś mieliznę serialową czy rom-kom’ową – ot, po prostu też nic specjalnie zapamiętywalnego. Dopiero rola w „Gladiatorze” dała sygnał światu, że w historii kinematografii nazwisko Phoenix nie musi być powiązane wyłącznie z jedną osobą. I kiedy wszyscy w ciągu ostatnich dwóch dekad upatrywali nowego De Niro czy Pacino w Leonardo DiCaprio czy Bradzie Pitt (tak się to odmienia?), krok po kroku, film po filmie, rola po roli to Joaquin wyrósł na aktualnie Najlepszego Aktora „w rap-grze”. Oczywiście jest to tytuł nadany wybitnie subiektywnie, ale zwracam tu uwagę na kryteria jakimi się kierowałem. Bo ilość świetnych ról to jedno. Brak jakichkolwiek, albo przynajmniej większych, skuch – to drugie. To, że niespecjalnie kłania się komercji to jeszcze trzecie. Skubany -w czasach kiedy nie da się uciec od wciągnięcia w uniwersum Marvela czy DC Comics – wykombinował sobie, że jeśli zagra w filmie opartym na komiksie, to będzie to ekranizacja uznawana powszechnie za najbardziej ambitną w swojej dziedzinie (oczywiście mowa o „Jokerze”).  Ale jest jeszcze czwarty aspekt – trudno mi się oprzeć wrażeniu, że w doborze ról Joaquina jest jakaś głębsza myśl, wręcz misja. I całkiem logiczne wydaje mi się, że pierwszą rolą po „Jokerze” – filmie który pokazał jak destrukcyjne potrafi być życie w społeczeństwie – będzie dla równowagi rola w filmie, która przywraca wiarę w to społeczeństwo.

Scenariusz nowego filmu Mike Millsa (który poza powszechnie propsowanymi „Debiutantami” sprzed kilku lat ma na koncie całkiem pokaźną listę teledysków dla całkiem ciekawych artystów, by wymienić tylko Air czy Blonde Redhead) jest całkiem prosty, żeby nie powiedzieć symboliczny – główny bohater Johnny jest dziennikarzem radiowym, którego poznajemy kiedy wywiaduje dzieci o fundamendalne sprawy – czego pragną, czego się boją, itp. Na prośbę siostry, z którą jakiś czas temu stracił kontakt, zajmuje się jej dziewięcioletnim synem Jesse’m. Powiedzmy, że chłopiec do najspokojniejszych nie należy – jednak w tej nadpobudliwej istocie schowana jest nieprzeciętna bystrość, ciekawość świata, wrażliwość, a wszystko to sprawia, że to co zapowiadało się na w gruncie rzeczy krótki epizod, chwilową przysługę, zamieni się w fascynującą podróż – w głąb własnych emocji.

Brzmi banalnie? Dobrze, ma być banalnie. Jestem przekonany, że „banał” przyświecał Millsowi jako cel swojego dzieła. W tym, żebyśmy znów posługiwali się banalnymi słowami, zwrotami – jak np. „kocham Cię”, „potrzebuję Cię”, „jest mi źle”, „ranisz mnie”. Bez zbędnych epitetów, dwuznaczności. Come on, powiedz to. Come on, mierzmy się z tym by mówić o swoich uczuciach. Come on, świat jest coraz bardziej skomplikowany i coraz trudniej go zrozumieć, nie utrudniajmy sobie jeszcze dodatkowo przetrwania w nim.

Nie będę ukrywał, film ten idealnie trafił w mój aktualny stan umysłu, w moment życia w którym się aktualnie znajduję. Ale coraz bardziej przekonuję się, że właściwie nie ma czegoś takiego jak obiektywna wartość. Nawet coś, co wydaje się ograniczone za sprawą możliwości technicznych/kompetencyjnych – jak demówka nagrana w garażu czy filmy Patryka Vegi – mogą być arcydziełami niekoniecznie tylko dla tych, którzy z żadną inną sztuką nie obcowali. Nie mam pojęcia jaki obiektywnie jest film Millsa. I nie chcę wiedzieć. Formalnie mnie także zachwycił – czarno-białą kolorystykę uznaję za trafny wybór pozwalający się skupić na fonii, a ta – poza dialogami bohaterów – to także wspaniała ścieżka dźwiękowa autorstwa muzyków The National. Zachwycił mnie także zbalansowaniem emocji – ani przez moment nie czułem szantażu emocjonalnego, „podkręcania” scen wymierzonego na wywołanie wzruszenia. Oczywistym jest, że to co dla jednego będzie idealnym zbalansowaniem, drugiego zupełnie nie obejdzie i pozostawi niewzruszonym. I dobrze, tak pewnie też miało być.

Film idealny dla tych, którzy wciąż próbują zrozumieć o co w tym wszystkim chodzi. Film idealny dla tych, którzy drugą parę okularów na świat znaleźli (lub dopiero pragną znaleźć) w dzieciach – jak widać na przykładzie Johnny’ego, nie muszą to być własne. Film idealny dla tych, którzy szukają oparcia w najprostszych czynach i słowach – czy to w codziennym oglądaniu prognozy pogody Davida Lyncha, mówieniu dzień dobry sąsiadom na klatce czy przytulaniu ukochanych osób. Film idealny dla tych, którzy walczą z największą zmorą dzisiejszych czasów, jakim jest cynizm, będącym niczym innym jak uciekaniem od emocji i banałów na których oparte jest życie. Film idealny dla mnie.

 

najlepszy moment: –

ocena: 9/10

Leave a Reply