Licorice Pizza
reżyseria: Paul Thomas Anderson
Czy Paul Thomas Anderson jest jednym z najbardziej niedocenianych autorów w dziedzinie reżyserii filmowej? Zapytajcie się kogoś, kto deklaruje zainteresowanie kinem na choćby minimalnym poziomie, o ulubionych reżyserów. Na pewno padną takie nazwiska jak Tarantino, Lynch, Scorsese, może Pedro Almodovar czy Wes Anderson (zbieżność nazwisk z naszym bohaterem przypadkowa, z tego co mi wiadomo). Ale czy znacie choćby jedną osobę, która by powiedziała „moim ulubionym reżyserem jest Paul Thomas Anderson?”.
A przecież nawet jeśli jego kino nie jest tak gołym okiem charakterystyczne jak tych powyższych, to wciąż piekielnie stylowe, spójne, a przede wszystkim – choć skłamałbym mówiąc że znam całą jego twórczość – nie schodząca poniżej pewnego poziomu. A nawet jeśli – w mojej definicji bycia Artystą, niezależnie od dziedziny, jest ponoszenie ryzyka. Czasem kończy się to porażką. Ale wciąż wolę artystyczne porażki niż zachowawcze rzemieślnictwo.
Czy zatem najnowszy film P. T. Andersona jest zwycięstwem czy porażką? Na pewno jest to jeden z jego najprzystępniejszych filmów, ale zarazem – w przeciwieństwie do np. „Prostej Historii” Lyncha – wciąż reprezentatywny dla jego artystycznego (wliczając zarówno reżyserię, jak i scenopisarstwo) emploi. Więcej – można by rzec, że jest to film powstały na bazie zdobytych przez lata doświadczeń – jako człowieka, reżyseria i, hmmmm, istoty stadnej?
Zacznijmy od tego pierwszego obszaru. Nie jest to wprawdzie film biograficzny – większość przeżyć które spotykają głównego bohatera została mają swoje źródło w historii przyjaciela reżysera, Gary’ego Goetzmana. Sam jednak tytuł – zestawienie lukrecji i pizzy, według słów twórcy rzeczy wywołujące w nim największą nostalgię – oraz osadzenie filmu w latach 70-tych (reżyser jest z rocznika ’70) sugerują, że będziemy obcować z tzw. powrotem do korzeni Artysty. Pierwsze przygody. Pierwsze zarobione pieniądze. Pierwsze używki. A przede wszystkim – pierwsza Miłość. Bo w gruncie rzeczy „Licorice Pizza” to historia miłosna, na fundamencie coming-of-age i konkretnego okresu w historii. O prekursorskim pomyśle trudno więc mówić – najbardziej oczywiste skojarzenie to „Forrest Gump”. Tamtą historię też można było zamknąć w opisie „on ją kocha, ona ucieka (u Andersona bardziej metaforycznie, choć też jest dużo biegania), a w tle przełomowe wydarzenia”. Tam był połów ryb, tutaj wodne łóżka. Tam spotkanie z prezydentem, tutaj uczestnictwo w kampanii na burmistrza. Byśmy się źle nie zrozumieli – nie mamy do czynienia z plagiatowaniem. Bardziej chodzi o pokazanie, że „LP” to nie tylko laurka dla czasów minionych, ale też sztuki która im towarzyszyła i zawartych tam klasycznych motywów. W tym także muzyki – bo ten film aż kipi muzyką, co rusz wybrzmiewają piosenki Bowiego, The Doors, McCartney’a i mniej znanych twórców z epoki (a także instrumentale stałego współpracownika Andersona, Jonnyego Greenwooda z Radiohead).
A skoro jesteśmy przy muzyce. To, że jest to jeden z bardziej osobistych filmów Andersona, widać już po samej obsadzie. Spójrzmy po kolei, najpierw na sam pierwszy plan. Nie jest niczym nowym wśród wybitnych reżyserów obsadzanie muzyków w filmach (oczywiście uśmiecham się tu do mojego idola, Pana Lyncha, który robi to notorycznie). U Andersona ma to tym większe uzasadnienie, jako że jest także wziętym reżyserem teledysków – ostatnimi czasy niemal wyłącznie zespołu Haim. Miał więc okazję dostrzec potencjał aktorski w jednej z sióstr Haim, Alanie. Co innego jednak trzy minuty podbite muzyką, a co innego dwie godziny, gdzie nie tylko grasz ciałem, ale też głosem. Ryzyko się opłaciło, z gigantyczną nawiązką – Alana to pełnokrwista, wiarygodna postać, zjawiskowa w swojej naturszczykowości, piękna w swojej, hm, nieatrakcyjności (oczywiście jest to kwestia gustu, ale tutaj nawet nie ma makijażu saute jak na moje oko). Branża też doceniła role i nawet jeśli filmografia Alany skończy się tylko na tym filmie (a byłoby szkoda), to moim zdaniem aktorsko dokonała więcej niż niejedna serialowa gwiazda przez całą karierę.
Jeszcze większym ryzykiem było obsadzenie w głównej męskiej roli niespełna 19-letniego Coopera Hoffmana, dla którego to absolutny debiut przed kamerą. Ale i ta decyzja castingowa ma uzasadnienie – jest to syn nieodżałowanego Philipa Seymoura Hoffmana, aktora z którym Anderson współpracował najczęściej. I jest to piękny hołd dla przyjaciela, ale też taki który się opłacił, bo młodzieniec naprawdę sobie poradził. Zresztą cały film pod względem obsady jest dość familijny, bo angaż dostały też dzieci Andersona, żona, no i przyjaciele (Maya Rudolph, cudowny głos z „Big Moutha”). A że, jak wspomnieliśmy, przez te lata w branży rozrywkowej trochę się tych znajomości dorobił, mamy tu też występy Seana Penna, mojego ulubieńca Toma Waitsa (to akurat inny kejs niż Alana Haim, bo Tomek od dawna lubi sobie pograć przed kamerą), a przede wszystkim Bradleya Coopera, kradnącego show swoim epizodem – wiedz, że jeśli jesteś przed kamerą przez kilka minut, a i tak dostajesz za to multum nominacji, znaczy że zrobiłeś swoją robotę dobrze.
O tym filmie naprawdę można długo pisać i pisać dobrze. Skąd więc finalnie tak niska ocena? Cóż, film, jak wiemy, to dzieło najbardziej zbiorowe z wszystkich dziedzin. A co za tym idzie – z największą liczbą składowych. I jak w żadnej innej dziedzinie sztuki objawia się tu prawidłowość, że całość nie musi równać się sumie jego elementów. W tym wypadku trudno mi się wyzbyć wrażenia, że ta suma jest o wiele większa niż efekt końcowy. „Licorize Pizza” ogląda się naprawdę fajnie. Ale czy świetnie? Czy porusza? Czy wciąga tak że nie zerkam na zegarek? Czy długo myślałem o tym filmie po wyjściu z kina? No skłamałbym odpowiadając twierdząco, chociaż baaardzo bym chciał. Być może się nie znam na kinie. A być może inni widzą w tym filmie więcej niż rzeczywiście w nim jest. Nie wykluczam że może być to grower, a takie filmy cenię najbardziej (np. „Między Słowami”). Ale na ten moment chyba szukam w kinie po prostu historii które mnie wciągną, nawet kręconych kalkulatorem. „Licorice Pizza” jest raczej tego odwrotnością.
najlepszy moment: jazda tyłem
ocena: 7,75/10
