Rekapitulacja roczna – 2021
Jednym z fundamentów – tak mi się przynajmniej wydaje – zdrowia psychicznego człowieka są rytuały. Rozumiane szerzej, jako kultywowanie tradycji obecnej w danej większej lub mniejszej społecznośi od dłuższego czasu – co owszem, bywa fajne, ale i niebezpieczne, bo tradycje mają to do siebie, że nie dostosowują się do aktualnych realiów (np. żywe karpie na święta). Ja zdecydowanie wolę pomniejsze, mniej szkodliwe rytuały, nawet jeśli trącą one kompulsywnością. Ale jak się okazało za sprawą kanału Davida Lyncha na YouTubie (o którym pisałem rok temu) – takich ludzi, którzy muszą zacząć dzień np. od wysłuchania prognozy pogody w Los Angeles i losowania cyfry, jest więcej. I takim też moim rytuałem jest też to coroczne podsumowanie na blogu. Być może ktoś przeczyta, być może kogoś przeszyje krindż, a jeszcze inny sprawdzi poniższe rekomendacje – będzie to miły, ale jednak bonus. Po prostu potrzebuję przemyśleć, wyciągnąć wnioski, podsumować, wyrzucić z siebie jak toksyny i ruszyć w rok dalej, „na czysto”. A że wciąż nie mam w domu biurka z szufladami, to te rozkminy zostawiam tutaj. Wybaczcie.
Sub-tradycją tych rekapitulacji jest też grafika główna z kadrem z Twin Peaks. Ja daje projektowi zwanemu „2021 rok” mimo wszystko okejkę – choć podobnie jak Dale, troszkę nieśmiałą. Owszem, dalej jesteśmy wszyscy w dupie. Ale okazało się, że w tandemie można w tej dupie całkiem fajnie się urządzić. Ba, rzekłbym nawet, że był to najciekawszy rok od dawien dawna. No nie spodziewałbym się w styczniu 2021. Inna sprawa, że przez te lata zauważyłem tendencję znacznie lepszych lat nieparzystych. Choć mam nadzieję (jak co dwa lata zresztą), że najbliższe 12 miesięcy wyłamią się z tego trendu.
ROZCZAROWANIE ROKU
Z tym covidem-19 może być jak z rosnącymi cenami płyt i kaset, które co roku zajmowały pierwsze miejsce w rankingu Rozczarowań w Tylko/Teraz Rockowym podsumowaniu. No ale co zrobić, temat jest chujowy, a macki jego chujowości sięgają coraz to dalej. ” – Nie da się podzielić świata jeszcze bardziej niż na lewicę i prawicę!” „- Potrzymaj moją szczepionkę” To co w 2020 jawiło się niczym zbawienie, w 2021 stało się zarzewiem konfliktu, przez który nie tylko nie chcemy z sobą rozmawiać – nie chcemy nawet przebywać w jednym pomieszczeniu ze stroną przeciwną.
(nikt nie pytał, więc odpowiadam: nie umiem zająć w tej kwestii jednoznacznego stanowiska – wciąż dryfuję między wolnościową opcją decydowania o sobie i swoim ciele, wyniesioną z pro-aborcyjnej myśli szkoleniowej, a bezkompromisowym „nauka i medycyna głupcze!”; na 2022 roku najbardziej życzę sobie pokoju na świecie i wynalezienia kompromisu)
Mimo wszystko muszę uznać, że Pan Covid obszedł się stosunkowo łagodnie ze mną, przynajmniej jak na razie. Owszem, zawitał w moje progi, ale turbo-przeziębienie jakie przyniósł rozpatruję jako sukces – bo przecież mogło się skończyć turbo-zgonem. Owszem, zabrał Grzegorza z Homosapiens, któremu od zawsze kibicowałem muzycznie, a od kilku lat miałem przywilej kibicować także prywatnie – ale przecież są osoby, którym koronawirus przetrzebił grono najbliższych osób. W skali makro nie miał jednak konkurencji, a i w mojej prywatnej mikroskali na rok 2021 też postanawiam przyznać mu złoty medal.
Honorable mention: #agatameble #jebaćpisikonfederację
WYDARZENIE ROKU
Mógłbym wyróżnić tutaj tripy na Cypr czy do Włoch, bo jednak jestem prostym człowiekiem i dla mnie wakajki to zawsze sztos totalny. Tak się jednak złożyło, że w tym roku każdy dzień, każdy weekend był wydarzeniem. „Przed wyruszeniem w drogę należy zebrać drużynę”, mawiał klasyk. Jedna idealnie dobrana osoba w zupełności wystarczy.
SERIAL ROKU
Nie było w tym roku tyle czasu co w zeszłym na oglądanie seriali, ale jednak trochę się tego znów obejrzało, zwłaszcza w przedszczepionkowym okresie. Zatem raport z netflixowania w 2021 roku, kolejność przypadkowa:
„Hilda” – w tym roku nowego sezonu nie było, był za to pełnometrażowy film „Hilda and The Mountain King”. Podtrzymuję to co pisałem wcześniej – ta franczyza to czyste dobro, na tym powinno się wychowywać każde dziecko świata, choć i u dorosłych trafi w sam środek serca. No, chyba że macie je z kamienia.
„Archer” – w zeszłym roku zwycięzca w tej kategorii, w tym… no widać niestety, że Adam Reed – twórca serialu i przez wszystkie lata głównodowodzący projektu – opuszczając swoje dziecko w dobrej intencji odświeżenia formuły, tylko jeszcze bardziej go pogrążył. Owszem, to wciąż Archer, poziom dla wielu niedostępny – ale tak wyprany z błyskotliwości pierwszych sezonów że przykro się patrzy. W śmierci nie ma nic dobrego, ale być może brak matki Archera (granej przez zmarłą Jessikę Walter) wprowadzi jakąś nową dynamikę między głównymi bohaterami?
„Scissor Seven” – przyznam szczerze, że klimaty mangi są mi dość obce. „Scissor Seven” wprawdzie mangą nie jest, bo zamiast w Japonii powstał w Chinach, ale vibe całości jest stuprocentowo azjatycki, przez co nawet koneser animacji może mieć w tym dziełem problem. Mi się to ogląda wybornie, chociaż raczej w ramach wyjątku od reguły.
„Nie Ma Jak W Rodzinie” – rzekłbym, że największy grower w stosunku do raportu z zeszłego roku. Piąty sezon okazał się być ostatnim i był to słuszny ruch. Nie mówię tak dlatego, że poprzednie sezony wzbudzały we mnie mieszane uczucia – bynajmniej, w ostatnich odcinkach dostaliśmy wreszcie odpowiedzi, dzięki którym wreszcie dostrzegłem sens w tym szaleństwie. Być może dało się z tej formuły coś jeszcze wycisnąć – ale jeśli miałoby to pójść w kierunku „Mrocznych Simpsonów”, to chyba lepiej że stało się jak się stało.
„Final Space” – tu chyba najbardziej czekałem na kolejny sezon, jako że byłem ciekaw które oblicze serialu jest prawdziwsze – te z genialnego pierwszego sezonu, czy te z kampowego i nijakiego drugiego. Trzeci sezon ulokował się idealnie pośrodku – być może byłby jeszcze lepszy, gdyby scenarzyści brali pół dawki piguł – bo momentami jest to bardziej przegięte niż wierzenia scjentologów. Chciałoby się powiedzieć, że najlepiej się ten sezon sprawdza jako zapowiedź kolejnego, gdyby nie to że serialowi odcięto fundusze – przez co cliffhanger zamiast wzbudzać zainteresowanie kolejnymi odcinkami, stanowi zakończenie najsmutniejsze z możliwych. Szkoda, szkoda, szkoda.
„Big Mouth” – teoretycznie nie mam żadnych konkretnych zarzutów do piątego sezonu. Poza jednym – dlaczego nie ogląda się tego już tak fajnie jak przy pierwszych sezonach? Efekt świeżości czy jednak źródło blyskotliwego humoru zaczęło wysychać? Biorąc pod uwagę, że na horyzoncie widać bardziej spin-off niż nowy sezon – obawy wydają się być uzasadnione.
„Paradise PD” – to nie jest zły serial – idealnie się sprawdza pod wpieprzanie pizzy-gigant i popijanie colą. Ale trudno mi sobie wyobrazić jego binge-watching, zwłaszcza np. z drugą osobą, a już na pewno nie z obiektem romantycznego zainteresowania. Ghosting w późniejszej próbie nawiązania kontaktu gwarantowany.
„Disenchantment” – przy pierwszych dwóch sezonach zupełnie nie rozumiałem hejtu na ten serial. Po trzecim trochę zacząłem go rozumieć, ale i tak uwielbiam świat w nim wykreowany. Nawet jeśli o samej intrydze zapomina się w trakcie oglądania.
„Close Enough” – drugi sezon nie przyniósł większych zmian jakościowych w stosunku do debiutanckiego sezonu. Ot, sympatyczne oglądajło, bez szans na bardziej znaczące zapisanie się na kartach historii animacji, ale też nie wzbudzające uczucia zażenowania.
„Bogdan Boner: Egzorcysta” – a skoro mowa o zażenowaniu… a tak serio – kto widział choćby jedną animację Walaszka ten doskonale wie czego się spodziewać i nie oczekuje żadnych Bojacków czy tym bardziej Disneyów. Ma być sucho i prymitywnie i dokładnie tak jest.
„Kajko i Kokosz” – długo wyczekiwane podejście Polski do tematu „animacja na Netflixie”. No i cóż, mam nadzieję że nie ostatnie… Na pewno temat potraktowano poważnie – wśród twórców m.in. legendarny Śledziu, muzyka autorstwa Stefana Wesołowskiego (o którym jeszcze w tej rekapitulacji wspomnę), w obsadzie aktorskie tuzy pokroju Olbrychskiego, ale też gościnki Zalewskiego czy Brodki. No i kultowy materiał źródłowy… i owszem, same komiksy są kierowane raczej do młodszego niż starszego odbiorcy. Ale serial obniżył próg wiekowy do tego stopnia, że nawet składanie klocków Duplo jawi mi opcją bardziej przystającą do mojego wieku. Nie pomaga też sama animacja, która niby zła nie jest, ale jak niejedna osoba zauważyła – wyglądają one jak wyjęte z Flasha sprzed 20 lat. Obejrzeć kolejne sezony obejrzę, ale raczej z „patriotycznego obowiązku”.
„Korporacja Konspiracja” – grzechem byłoby to postawić w jednym rzędzie z choćby „Paradise PD”, bo tutaj ambicje są zdecydowanie większe, ale trudno mi nie wrzucić „KK” do tego samego wora z napisem „nijakie”. I raczej bez większych perspektyw na zmianę.
„Oderwij wzdłuż linii” – „włoski BoJack?”. Może jeszcze nie, ale temu serialowi bardzo kibicuję. Tutaj ewidentnie widać, że chodziło o coś więcej niż dostarczenie kontentu na zlecenie Netflixa. Plus za wyczucie w opowiadaniu o samobójstwie.
AND THE WINNER IS:
2021 to także nadrabianie zaległości w kategorii „kultowe pozycje”. Pierwotnie chciałem dać tu „Latający Cyrk Monty Pythona”, którego wszystkie sezony wleciały na Netflixa. Są (bo sam je znam) osoby, dla których postawienie „Chłopaków z Baraków” nad „Pytonami” to najwyższego kalibru profanacja, ostateczny dowód upośledzenia poczucia humoru. Cóż, możliwe że tak jest. ALE I DON’T KURWA CARE. Uwielbiam ten serial, w szczególności jego wcześniejszą inkarnację – ale też wchłaniam wszystkie spin-offy. Rozważam nawet płatną subskrypcję na portal stworzony przez głównodowodzące trio, byleby być na bieżąco z wszystkim co się dzieje w uniwersum które oni stworzyli. Aha, jak ktoś powie jeszcze raz, że to protoplaści dzisiejszych patoinfluenserów to zakurwię z laczka.
honorable mention: wielu wizyt w tym rok w kinie nie zaliczyłem, a o tych które zaliczyłem było na blogu, więc nie ma sensu się powtarzać. Odnotujmy że był to całkiem udany rok dla polskiego kina – zarówno „Powrót do tamtych dni”, jak i „Żeby nie było śladów’ wywołały u mnie silny wstrząs. A, no i „Diuna”… no ale o niej wiecie już wszystko, kilka notek wcześniej dołożyłem swoje trzy grosze do dyskusji.
ZIOMKI ROKU
Wspomniałem o Stefanie przy okazji „Kajko i Kokosza”, ale to nie jedyna produkcja filmowa którą wzbogacił dźwiękami. I nic nie ujmując 'Listen To Me Marlon” czy „Love Express: The Disappearance of Walerian Borowczyk”, ale trudno nie odnieść wrażenia, że szczeble które pokonuje jako kompozytor filmowy są coraz wyżej ułożone. W 2019 była duża produkcja 'Piłsudski”, 2021 to muzyka do „Wolf” – teoretycznie bardziej niszowej produkcji, ale przecież znacznie większej jeśli oba dzieła umieścić na globalnej skali. W tym tempie jestem przekonany, że pisanie muzyki dla Nolanów i Lynchów tego świata to kwestia czasu, bo zapewne talentu i chęci nie zabraknie. A przecież jeszcze zapewne będą „własne” produkcje, czy kooperacje typu Nanook of The North. Jeden mój kolega, przeglądając ówczesny lineup Spring Breaka kika lat temu „zawyrokował”, że mając taki „pseudonim arystyczny” jak Stefan Wesołowski nie zrobi się kariery. Nawet mi go nie żal.
honorable mention: JANKA, czyli duet Hatti Vatti i Daniel Drumz, wreszcie opublikowali pełnowymiarowy album „MIDI Life Crisis”. Trudno oczekiwać od dwóch magików muzyki elektronicznej by nagrali album death metalowy, także zaskoczeń brak, ale to wciąż prime shit. Skoro mowa o ciężkich gitarach, to warto wspomnieć o zespole Procez i ich albumie „Jeden”. Polskojęzyczność kieruje skojarzenia w stronę Illusion, ale jest tu znacznie więcej ambicji niż kopiowanie Lipy. Przyjemne gitary, choć w znacznie krótszych, hardcorowych dawkach usłyszymy na „Cantonie” od Backhand Slap. I na sam koniec pojedyncze singlowo-epkowe strzały, przez które czekam na pełnoalbumowe produkcje (w przypadku ostatniego zespołu pełen album jest, tylko urwisy wciąż nie wrzuciły go na Spotify, a ostatniego odtwarzacza CD już się pozbyłem): Trupa Trupa, Kiev Office, Moanaa, Psychopill, Czechoslovakia
ALBUM ROKU
Tajemnicą poliszynela, która nikogo nie interesuje, jest to, że mam coraz mniej czasu na muzykę której nie słucham w pracy. Dlatego nie zdziwcie się, jeśli odkryjecie wspólny mianownik poniższych albumów w postaci jednej wytwórni. Nie mam ambicji na muzyczne trendsetterstwo, ściganie się na ilości przesłuchanych albumów, dawno też już przestałem się bawić w pseudoobiektywizm i kategoryczne jakościowe sądy – pisząc o albumie/serialu/singlu roku, mam na myśli produkcje, które MI sprawiły najwięcej przyjemności. Być może wybór świadczy o moim bezguściu, ale jak słowo się rzekło – I don’t kurwa care.
To powiedziawszy:
Głowiłem się bez końca próbując wybrać jednego laureata, aż w końcu przypomniało mi sie, że to przecież mój blog. A zatem proszę. Stary wyjadacz i, cóż, szczyl. Diametralnie różne etapy kariery, ale poza tym same podobieństwa – jakość tekstów i bitów, delivery, spójność artystyczna. Łączy też to, że przy obu albumach piekielnie dobrze mi się pracowało.
A przecież polskich rapowych sztosów było znacznie więcej. Magiera na „FEAT.” udowodnił, że nie ma na polskiej scenie drugiego takiego bitmejkera, który po ponad 20 latach nie tylko wciąż brzmi świeżo, ale przede wszystkim brzmi na własnych warunkach. Mordor Muzik i ich „Mordor CD” pokazują, że polski grime ma sens. Co jeszcze? Wiatr wreszcie spiął swoją singlową twórczość w 'Koktajl Mixtape”. Proseko ładnie zaistniał za sprawą debiutanckiego „Mirafiori”. No i Małach… „BYQ” to wciąż przyzwoity album, ale nie ukrywam, że bardziej do mnie trafiła różnorodność zeszłorocznego „Bartka”.
A zagranico? Wygląda na to, że przeprosiłem się z szeroko pojętymi gitarami, bo właśnie tego typu albumy sprawiły mi najwięcej radości. Kiedy przestanie się wypatrywać w tym gatunku rewolucyjności i pchania muzyki naprzód, podchodząc do odsłuchu bez żadnych oczekiwań, wtedy naprawdę rock is still dead, but still fun as well. Poza tym kilka soulujących pozycji. No i ta nieszczęsna Adele, której jednak nie potrafię nie lubić. Nie chce mi się o każdym albumie rozpisywać z osobna, więc polecę nazwami: Modest Mouse „Golden Casket”; Chevelle – „NIRATIAS”; John Mayer „Sob Rock”; Wardruna „Kvitravn”; Foo Fighters – „Medicine At Midnight”; Dave Gahan & Soulsavers „Imposter”; Manic Street Preachers „The Ultra Vivid Lament”; Prince „Welcome 2 America”; Evanescence -„The Bitter Truth”; Joy Crookes „Skin”; Rag’n’Bone „Life By Misadventure”; Amy Shark „Cry Forever”; Bleachers „Take The Sadness Out Of Saturday Night”; Kings of Leon „When You See Yourself”; Smith & Thell „Pixie’s Parasol”; Leon Bridges „Gold-diggers Sound”; Dennis Lloyd „Some Days”; Tom Odell „Monsters”; Bobby Gillespie & Jehnny Beth „Utopian Ashes”; James Vincent McMorrow „Grapefruit Season”; Jake Bugg „Saturday Night, Sunday Morning”; Maneskin „Teatro d’ira – Vol. 1”; Adele – „30”, Tom Greenan – „Evering Road”; James Arthur – „It’ll All Make Sense In The End”
PLAYLISTA ROKU
I znów – nie będę wybierał Singla Roku, bo tego za dużo było. Zatem proszę, cała plejka singli. Niemniej muszę wspomnieć o kilku faworytach:
John Mayer – „Last Train Home”: nie ma co powtarzać czerstwego hasła o powrocie ejtisów – one po prostu tu są, można je traktować jako osobny gatunkek, czy może bardziej – mood. No bo właśnie – porażka tych którzy się podejmują tematu wynika z braku świadomości, że tu nie chodzi o brzmienie, elektroniczną perkusję i synthy. A o vibe. Najlepiej w zeszłym roku zrozumiał to John Mayer, którego nigdy nie darzyłem specjalną estymą. A tu proszę – kupił mnie już samą okładką „Sob Rock”, która wygląda dokładnie jak płyty które przywoził mój ojciec z RFNu (ten sticker!). A „Last Train Home” rozmiękcza mnie jak „So Far Away” Dire Straits czy inne te piosenki które Wam kojarzą się z dzieciństwem. Zresztą cały album brzmi jak wracanie do domu, czy to w wymiarze przestrzennym czy czasowym.
Szczyl – „Cień”: najbardziej się wyróżniający utwór na „Polskiej Florydzie”, nie tylko soundem ale jak dla mnie także jakością. Już na etapie demówki miałem dreszcze – a dołożenie zwrotki Piotra Roguckiego nie tylko utworu nie pogrążyło, a wręcz przeciwnie, utwór stał się przez to kompletny. Swoją drogą, muszę uczciwie przyznać, że Kuba Karaś trochę zrehabilitował Roguckiego jak dla mnie, którego nie mogłem zdzierżyć za czasów Comy.
The Weeknd – „Take My Breath”: mówiąc wprost – jeśli ktoś miałby przejąć koronę Króla Popu po Michaelu Jacksonie, to Pan Tesfaye zasłużył na to najbardziej. Może nie widać tego po klipach, bo i czasy inne, a Nowe MTV, czyli YouTube, zdecydowanie bardziej woli ilość niż jakość. Ale w muzyce The Weeknd osiąga szczyt tego co można wyciągnąć aktualnie z muzyki popularnej – czyli miksu przebojowości, masowego potencjału, produkcji i aranżacji. A „Take My Breath” może i owszem, zerka w przeszłość (znów te ejtisy?), ale tylko aby mrugnąć porozumiewawczo i mknąć dalej samemu w przyszłość
Gawryle – „Harnaś Ice tea”: ostateczny dowód na to, że dzielenie muzyki na dobrą i złą nie ma już sensu. Jest tylko ta, którą przesłuchasz raz i zapomnisz – albo ta, która wżera Ci się w ucho jak tasiemiec i repeatujesz ją jak popierdolony
Young Leosia – „Szklanki”. Patrz powyżej. Wskażcie lepszy polski banger tej nowej dekady. Poczekam.