Ayo – Live At The Olympia

wydawca: Polydor
co sie dzieje… jeszcze nie tak dawno Olass, teraz nagle w wypadku ginie Marcin Figas z Dog Family. stara gwardia polskiego numetalu sie wykrusza… ale zaraz, jaka stara, toc to oboje kolesie kolo trzydziestki? nozesz…
Ayo ma pecha, bo wczoraj notke tez zaczynalismy od niewesolego info. a toc to taka sympatyczna dziewczyna, chyba tez niesmialutka… ale nieskromna jednak. jeden album na koncie i od razu koncertowe dvd? nie lubie takich akcji. niektorzy cale zycie czekaja na mozliwosc wydania czegos takiego. i dobrze na tym czekaniu wychodza, bo jak juz nazbieraja materialu to przy wydaniu koncertowki maja przynajmniej w czym wybierac. a Ayo? jedna, tylko „spoko” plyta. owszem, z potencjalem. tym bardziej szkoda, ze sie nie wstrzymala.
chociaz zaczynajac ogladac to dvd myslalem ze bedzie gorzej. bo koncert zaczyna sie od najnudniejszych numerow z „Joyful” – „Without You” i „Letter by letter”. na szczescie pozniej robi sie ciekawiej. co jest w duzej mierze zasluga zespolu towarzyszacego. 4 panow, w tym trzech ciemnoskorych. zadnych wielkich nazwisk. ale graja jak prawdziwe potegi. zwlaszcza perkusista – koles wymiata po calosci. ale i reszta ekipy – klawiszowiec, bassman i gitarzysta – zasluguja na pochwale. zwlaszcza ten ostatni, ktory tak na dobra sprawe odpowiada za cale piekno gitarowego aspektu tego eventu. bo owszem, Ayo tez sobie tam plumka (choc czasem ogranicza sie do spiewu, a przy „Neva been” siada za klawiszami), ale to jeno akompaniamencik jest. ale kto tam by sie przejmowal, skoro dziewucha nie dosc ze slicznie wyglada (afro u kobiet – nieeee, warkoczyki – taaak!), jeszcze przesliczniej sie usmiecha, to i nawet w wybornej formie wokalnej tego wieczoru byla. no i przede wszystkim – mile zaskakuje. bo po tych pierwszych numerach myslalem ze wieczor bedzie sie ograniczal w jej wykonaniu do siedzenia na krzesle. a tu dziewuszka biega po scenie, baunsuje, rozdaje usmiechy na lewo i prawo, zagaduje po angielsku i francusku (co nie dziwi – rzecz krecona w Paryzu, a i sami francuzi to chyba najliczniejszy target tworczosci Ayo), a przy wspomnianym „Neva been” to wbiega nawet w publike. jeszcze nie rockandroll, ale juz nie jazzowe zaduszki. dodac do tego fajny efekt a’la wiraz nakladany na obraz i koniec koncow calosc calkiem milo sie oglada.
nie jest az tak zle tez ze sluchaniem. sam fakt, ze 50minutowy material studyjny rozciagnieto do poltorej godziny imponuje. tym bardziej, ze pominieto „how many times?” i „These days”. w zamian otrzymujemy dwie nowosci. „Africa” z plamami dzwiekowymi w tle i akrobacjami wokalnymi Ayo naprawde robi wrazenie. natomiast „Girls” to raczej taka ciekawostka przeznaczona na koncerty (na zasadzie ze chlopcy spiewaja „boys”, a dziewczyny odpowiadaja „girls”). a reszta materialu? raczej bez mega improwizacji. wyjatkiem „Neva been” i przede wszystkim kapitalne wykonanie „help is coming”. ale takie ze naprawde uau. szacuneczek.
summa sumarum – okej, nie jest to mega potrzebne wydawnictwo, ale mozna bylo udokumentowac ten etap kariery pani Ayo. tym pelniejsza rehabilitacja, iz zrobiono to rzetelnie. bo oto dostajemy 40 minut bonusow. 4 klipy koncertowe z roznych festiwali, z czego najciekawiej wypada w pelni akustyczne (Ayo + druga gitara) podejscie do „Only you” zarejestrowane w korei (totalnie skupione skosne oczka…). dalej: 4 klipy. a wlasciwie 5, bo „Help is coming” ma dwie wersje, w tym druga nazwana „Internet version”. wszystkie mile dla oczkow: „Down on my knees” z „domkiem” na pustkowiu jaki znamy z okladki „Joyful”, „And it’s supposed to be love” w stylu „ameryka lat prohibicji” i PRZEZAJEBISCIE SLICZNA Ayo (fryzura!), „Help is coming” konczacy sie mega afro impreza kojarzaca sie z klipem lauryn hill do „doo wop (that thing)” (internetowa wersja to wlasciwie przedluzenie tej imprezy) i „Life is real” ktory, sadzac po nagromadzeniu czarnoskorych obywateli i nietypowych plenerow, krecony byl w Afryce. no i na koniec: teksty i akordy do trzech piosenek. w sumie moze sie przydac, bo „Help is coming” to naprawde ladna rzecz. do grania na najebach plenerowych jak znalazl.
najlepszy moment: HELP IS COMING
ocena: 7/10
