Ayo – Joyful
wydawca: Polydor
choc nie bylem nigdy wielkim fanem The Stooges i wielkiej rozpaczy nie ma, to jednak szacun jest, dlatego RIP dla Rona Ashetona. tym wieksza szkoda, ze kolesie sie reaktywowali i mogli jeszcze namieszac…
niemniej life goes on. ta recka juz miala jakis czas temu sie pojawic. heh,dobra okazja jest, bo czy mozna wyobrazic sobie kogos bardziej odmiennego od Iggy Popa i spolki niz Ayo? gdzies wyczytalem, ze dziewuszka ma byc „nowa Tracy Chapman”. teoretycznie wszystko sie zgadza. ciemnoskora, troszke wizualnie przypominajaca (choc Ayo nieporownywalnie ladniejsza). oszczedne akustyczne granie, gdzie glownie chodzi o przejmujace wokale i ladniutka gitare. problem polega jedynie na tym, ze o ile debiut Chapman mozna rozpatrywac w kategoriach geniuszu, tak ni chu chu sie da podobnie okreslic pierwsza plyta Ayo. jest tylko sympatycznie i absolutnie nic wiecej.
zreszta, po czym poznajemy takie-se wydawnictwa? zazwyczaj po tym, ze to co najlepsze jest sprzedawane na samym poczatku. nie inaczej jest na „Joyful”. i chociaz singlowy opener, od ktorego sie zaczela kariera Ayo – „Down on my knees” – nie jest zadnym absolutem, to na pewno jest to jedna z najsympatyczniejszych rzeczy jakie mozna bylo uslyszec ostatnio w rozglosniach radiowych. fajnie, bo niby melodia wchodzaca w banie bez wazeliny, ale jednak jest to COS. bol, rozpacz artystki, zlamane serduszko i inne pierdoly. mozna naprawde bylo sie nabrac, ze mamy do czynienia z songwriterstwem blizszym, a niech mnie, pj harvey niz katie melua. niestety, reszta plyty rozwiewa watpliwosci. jest ladnie, jest wysmakowanie, jest aranzacyjny wypasik z uzyciem akordeonow, flecikow itepe, jest marcinkydrynskizaprasza’owato. ale przeciez debiut Chapmanowej chocby potwierdza, ze i w takim graniu moze byc zadzior. nic takiego tutaj nie znajdziemy. na dodatek melodie tez slabo sie bronia. o ile w dynamiczniejszych momentach jak „Life Is Real” czy „Help is coming” jakos sie to broni, to juz tzw ballady to nudy niestety. wyjatek: „And it’s supposed to be love”. choc cover. ale refren przekonuje, ze ta pani ma sliczniutki glos.
choc telewizora w pokoju nie mam a i radio rzadko nastawiam, to nie sposob zauwazyc, ze ostro lansuja w naszym kraju Ayo i proboja z niej zrobic zagraniczne dobro narodowe. spoko, bo w przeciwienstwie do garou, gordona haskella czy innych danzelow, gra jest warta swieczki.
jeszcze tylko slowko o specyficznym wydaniu, poniewaz nigdy o tym nie pisalem, a warto wspomniec. otoz tak sie zlozylo, ze „Joyful” dotarl do mnie w wersji „Wydanie Polskie”, jak”dumnie” glosi nadruk na okladce. pal licho, ze to ostatnie to barbarzynstwo i zniewaga dla autora grafiki (niewazne, ze okladki plyt dawno przestaly byc postrzegane jako male dziela sztuki). ale czy naprawde Universale mysla, ze nabywca plyyty uwierzy w to, ze obnizka ceny cedeka musiala sie odbyc kosztem totalnego zubozenia ksiazeczki, przez co nie rozni sie to zbytnio od pirackiego „wydania”? kiedy, do ch***, panowie majorsi przestaniecie traktowac sluchaczy, KLIENTOW waszych popieprzonych firm, jak debili? kurwa, no!
najlepszy moment: DOWN ON MY KNEES
ocena: 7/10
