rageman.pl
Muzyka

Alicia Keys – The Diary Of Alicia Keys

rok wydania: 2003

wydawca: J

 

jak juz nieraz deklarowalem na lamach tego bloga, zdecydowanie mniejszym entuzjasta kina jestem anizeli muzyki. jak to ujal kiedys Tricky: „movies don’t move me”. przynajmniej nie w takim stopniu jak dzwieki. a juz zajawka na jamesa bonda zupelnie mnie nie dotyczy. nie wiem na jakim poziomie stoja ostatnie bondy (slyszalem ze na slabym), wiecej moge sie wypowiedziec na temat paradoksu zwiazanego z muzycznymi motywami przewodnimi tych filmow. paradoks polegajacy na tym, ze o ile chris cornell, ktorego od jakiejs dekady NIE MA, napisal calkiem sympatyczny numer „you know my name” (sympatyczny w konteksciejego ostatnich dokonan zwlaszcza), tak song do ostatniego bonda mnie rozczarowal, choc podpisali sie pod nim artysci ktorzy jak najbardziej sa. o jacku white pare razy juz tutaj wspominalismy, czas wiec na alicie keys. i jej drugi, chyba najmilszy album. naprawde jej wyszedlten cedek.

a zwlaszcza pierwsza polowa. no gdyby caly album trzymal taki poziom, to bysmy naprawde mogli mowic o wiekopomnym wydarzeniu. zaczyna sie wrecz mrocznie, no ale skoro rzecz nazwano „harlem’s nocturne”, to wesolo byc nie moze. w nastepujacej po tym intrze „Karmie” moze mrocznie nie jest, ale znow jest to dosyc nietypowa rzecz w kontekscie pierdoballadowo z jednej, a baunsujacego r’n’b z drugiej strony. kapitalna partia orkiestrujaca klimatem tracaca, ojacie, „kashmirem” (ej, tytulow zbieznosc?), przyjemniacki beat i natchniony, jakby pelen pretensji i zalu glos alicii. zdecydowanie najlepsza rzecz tutaj i choc wydana na singlu, to jednak niedoceniona. przynajmniej nie tak jak pozostale single, ktore razem zgarnely nagrod bez liku. czyli „you don’t know my name” z podkladem mego zioma kanye westa i z innym mym kolega johnem legendem w chorkach. west w wersji lirycznej (ale nie tak bezjajecznie lirycznej jak jego ostatnia plyta), a ze chlopak jako producent posilkuje sie czetso retro klimatami, tak calosc naprawde brzmi jak dokonanie czarnych wokalistek sprzed dekad. szacun. rownie cieplutko mozna sie wypowiedziec o „If I ain’t got you, w ktorej alicia wypruwa emocjonalne zyly (?!?). konczymy ta wyliczankekapitalnych singlinumerem „Diary”, w kotrym goscinnie udzielil sie reaktywowany sklad Tony! Toni! Tone!. genialnosci pierwszej tej polowy dopelniaja jeszcze tracki „heartburn”, w ktorym od pierwszego taktu slychac ze mamy do czynienia z producencka robota mojego mistrza Timbalanda (calosc w klimacie traci Jackson 5 jakims natomiast) i „If I was your woman /Walk On By” z wykorzystanym motywem z Isaaca Hayesa.

natomiast po nie takim zlym, goracym jak oddech tytulowego zwierzaka „dragon days” album traci zdecydowanie na impecie. (edit: slodziutki zaspiew w „so simple” jest… slodziutki). szkoda. co nie znaczy ze mozna darowac sobie dalszy odsluch. ja ostatnio coraz bardziej doceniam taki produkcyjny wypas jaki slychac na calej rozciaglosci tego albumu. pewnie, genialna muzyka moze powstawac na samym ukulele, ale skoro ktos ma hajs by wynajac blisko 100 muzykow i nagrywac plyte przez rok w studiach kazdego zakatka globu, to czemu z tego nie korzystac? zwlaszcza ze muzyka powstala w ten sposob ma ducha. ktoremu na imie Alicia Keys. autorka niemal wszystkich tych numerow, posiadaczka kapitalnego wokalu i przede wszystkim wkladajaca serducho w kazda nute ktora tu zagra na pianinie czy wyspiewa. no i moim zdaniem o zadnym przeprodukowaniu nie ma mowy. na pierwszym planie jest wokal i beat. beat wysuniety, dzieki czemu taki prostak z bloku jarajacy sie swego czasu debiutem Molesty odbiera rzecz jako energiczna, na czasie i swojska. a cofniete w tym czasie do defensywy piano wygrywa taka poezje, ze calosci blizej do billie holiday czy arethy franklin niz toni braxton czy marii carey.

ja sie jaram. choc w serduszku czai sie zal, ze cala plyta nie jest taka ja pierwsze 7 trackow.

 

najlepszy moment: KARMA

ocena: 7,5/10

Leave a Reply