rageman.pl
Muzyka

Soyka – Soyka Sings Love Songs…

rok wydania: 2004

wydawca: Pomaton EMI

 

elo. dzis coverowo bedzie. soyka znow za cudzesy sie wzial. i jakby tego bylo malo, znow ma to romantyczny wydzwiek.

byc moze zaczelo sie od… Depeche Mode. otoz w ’99 roku Bodek Pezda (m.in. Agressiva 69, ale takze producent i szef 2-47 Records) wymyslil sobie skladanke, na ktorej polscy artysci beda przerabiac piosenki Martina Gore’a i spolki. wsrod coverujacych znalazl sie Stanisław Sojka. prawdopodobnie wspolpraca obu panow spodobala im sie na tyle, ze 5 lat pozniej postanowili pociagnac temat przerobek. tym razem juz mial byc jeden wykonawca, ale za to repertuar roznych artystow. Pezda podjal sie wspolprodukcji calosci a takze odpowiada za czesc aranzacji (kolega Pezdy z A69 – Slawomir Leniart – odpowiada za aranz dwoch numerow).

prawdopodobnie z powodu Pezdy jest to chyba najnowoczesniej brzmiaca plyta Soyki. moze industrialu nie ma, ale jest bardzo elektronicznie, momentami wrecz jakies dalekie echa dramenbejsow sie pojawiaja, czasem kojarzy sie z szalenstwami, jakie Macuk serwuje ostatnio Nosowskiej solowej. chociaz spokojnie – to tylko drugi plan, zadnej dominacji nie ma. glos Soyki nie pozwolilby na to. chociaz i tak np charakterystyczny przeciez klawisz Soyki pojawia sie dosyc rzadko. zreszta zaskoczen tu wiecej.

przede wszystkim repertuar. moze sieganie po Marka Grechute, Czeslawa Niemena czy Phila Collinsa nie jest wielkim szokiem, ale juz np o „Wicked Game” Chrisa Isaaca czy „Avalon” Roxy Music bym Soyki nie podejrzewal. najwiecej zawalow, zwlaszcza wsrod alternatywnej mlodziezy, mogla wywolac wiesc, ze Stachu porwal sie na „No Suprises” Radiohead. a zeby bylo smieszniej, to akurat tych progresiarzy, chetnie korzystajacych z elektroniki, potraktowal calkowicie w swym starym stylu. czyli glos, piano i gdzies gleboko w tle, na zasadzie smaczku, jakies popierdolki dzwiekowe Pezdy. i co? i ladnie mu to wyszlo. ja wiem, ze na sam widok nazwy Radiohead powinno sie szczytowac, ale no jakos nie potrafie. i moze dzieki temu dystansowi jestem w stanie docenic tak smiala interpretacje Soyki. pomijajac juz fakt, ze w kwestii wokalu to Yorke moglby Sojce buty czyscic szczoteczka do zebow, muahahaha.

no, to se poszydzilismy, jebnelismy herezja, a teraz meritum. niestety nie obylo sie bez lekkich zgrzytow. przerobka Collinsa troche przypomina profanacje, jakie popelniali na numerach lidera Genesis baunsiarze na trybucie wydanym pare lat temu. ale wiecej jest sukcesow. jak wspomiany numer Radioglowych. czy „Wicked Game”, numer przerabiany juz do twardego rzygu, a jednak w wersji Soyki brzmiacy swiezo. slychac w przerobkach Niemena i Grechuty wielki szacunek dla oryginalow, co nie dziwi, bo pewnie Stachu niejednego kelicha obalil z tymi panami, wiec ne moglby sobie pozwolic na szarganie swietosci. intryguje tez final albumu. i o ile przerobka „Somebody”, wyjeta ze wspomnianego trybutu dla Dpeeche Mode, brzmi troche bez jaj, to juz jedyny tutaj autorski utwor „Kiedy Jestes Taka Bliska” to cudenko. wypasiona aranzacja Leniarta, ale po odjeciu jej zostaje dokladnie taki Soyka, jakiego znamy i (niektorzy) lubimy. i przy okazji dowod, ze Sojka powinien czesciej nagrywac autorskie numery. moze by tak pelnowymiarowa, autorska tym razem plyta z Pezda?

teoretycznie „SSLS” wpisuje sie wpopularny od lat nurt w polskiej muzyce pt „alternatywne gwiazdy ratuja kariery emerytowanych gwiazdek”. praktycznie to jednak zupelnie inna bajka. bo po pierwsze, Soyka pod wzgledem mentalu artystycznego nie ma nic wspolnego z Krawczykiem czy inna Rodowicz. po drugie, kariera Soyki nigdy nie byla w niebezpieczenstwie, ani pod wzgledem komercyjnym jak i artystycznym. dlatego „SSLS” to przede wszystkim dowod na otwarta glowe tego pociesznego pana.

 

najlepszy moment: ODKĄD JESTEŚ

ocena: 7,5/10

Leave a Reply