Deicide – In Torment In Hell
rok wydania: 2001
wydawca: Roadrunner
z okazji Tlustego Czwartku postanowilem dac szanse Metalowi. bo potem juz nie bedzie okazji, bo w koncu Wielki Post i te sprawy, huehuehue…
czy satanisci jedza paczki? ciezko mi jakos to sobie wyobrazic. na pewno jednak Glenowi Bentonowi za ten album nalezy sie solidny paczek z nadzieniem rozanym ode mnie. bo dawno tak nie wymachalem glowy jak dzisiaj, gdy sluchalem tego cedeka. przypomnialy sie poczatki liceum, kiedy potrafilem nawet na powaznie podchodzic do takich dzwiekow.
okej, ale serio teraz. gdyby kierowac sie logika, gustem czy poczuciem przyzwoitosci, to „In Torment In Hell” powinien dostac najnizsza ocene i byloby po herbacie. ale chyba nie ma sensu przykladac tej samej miary do deicide i jego kolegow po fachu co do np animal collective, kayne westa, the beatles czy jakiegokolwiek innego gatunku. tu melodii nie ma. nie ma tez finezji grania (jesli jest to sorry, ale nie dostrzegam). nie ma tez, jak dla mnie, przekazu. bo ideologicznej otoczki absolutnie nie kupuje, choc doceniam konsekwencje i ogolnie sam fakt istnienia pomyslu na siebie.
co wiec pozytywnego (tudziez negatywnego, bo przeciez musi byc ZLOOO) jest w tej plycie? glen benton, facet ktoremu jednak nie sposob odmowic pewnej charyzmy, nawet jesli dla mnie to charyzma psychola. hm, w kontekscie black metalowcow fajne jest tez to, ze nie ma tu malowania ryjow i lasow pomorza, if ya know what i mean. jest w tym pewna doza szalenstwa, choc bardziej przyswajam w tej kwestii to co dzieje sie w napalm death czy, z innej beczki, bindead. no i ten growl – fakt, ze ktos moze na serio traktowac takie wokale a’la Ciasteczkowy Potwor jest tak niedorzeczny, ze az ujmujacy. a bardziej szczegolowo – wyroznilbym trzy tytuly. „Imminent Doom” ma calkiem sympatyczne, srednio-szybkie tempo, ktore jesli chodzi o metal smierci trafia do mnie najbardziej. ma cos jednoczesnie i z walca rozjezdzajacego powoli i hiperdokladnie i z wyscigowki, ktorej zderzenie zabija szybko i bezbolesnie. podobac sie moga aranzacyjne figle w zwrotkach (?) „Worry In The House Of Thieves”. a juz totalnie obiektywnie rozjebujacy jest duet riffu i perkusji w ostatnim „Lurking Among Us”. takiego death metalu moge naprawde sluchac z czysta przyjemnoscia. hm, 3 numery warte wyroznienia na 8-piosenkowym, 30minutowym albumie to chyba calkiem niezly wynik. myslalem ze bedzie gorzej.
recenzenci, nawet ci metalowi, strasznie ponoc jada po tej plycie. chodzi ploty nawet, ze benton i spolka specjalnie nagrali chujowy album, by wywalono ich z Roadrunnera. troche niedorzeczne, ale ciezko nawet mi w jakikolwiek sposob „nausznie” ustosunkowac sie do tej tezy. bo na dzien dzisiejszy po prostu nie potrafie oceniac jakosci takiej muzyki. nie wiem czy ten album deicide jest lepszy od poprzedniegoczy nastepnego i czy deicide jest lepszy od cannibal corpse czy gorszy od morbid angel. potrzeba mi bylo dzis takiej extremy i „ITIH” zdal test pomyslnie. ale nie ogarniam, jak mozna siedziec w death metalu tak na codzien.
najlepszy moment: LURKING AMONG US
ocena: 7/10