Pearl Jam – Vitalogy
rok wydania: 1994
wydawca: Epic
jesli „Vs” mogl kogos przyprawic o schizofrenie, to juz „Vitalogy” bylo biletem na skraj szalenstwa. nie bede ukrywal – choc zachwyca mnie (umiarkowanie) ten album, to go nie rozumiem.
niech nie myli Was ocena na samym dole. to nie jest tak, ze nastapil znaczny spadek jakosci. po prostu – nie mozna wciaz tworzyc genialnych albumow. no chyba ze sie gra w zespole The Beatles. umowmy sie od razu – „Vitalogy” jest jak najbardziej godnym nastepca „Vs”. rzecz w tym, ze ten album jest jednoczesnie wstepem do serii albumow „normalnego” zespolu, a nie genialnego debiutanta. niektorzy do dzisiaj chcieliby, by PJ trzymal poziom „Ten” czy „Vs”. a tak sie nie da. chwala Bogu, ze sam zespol zdal sobie sprawe z tego, ze genialna forma nie trwa wiecznie, zajebiste plyty to nie jest studnia bez dna. co wiec pozostaje? experyment. jakim jest „Vitalogy”.
nie ma tez co ukrywac, ze perldzemowcy tutaj wciaz byli obrazeni na swiat. na Ticketmastera, na tworcow teledyskow. na ladne melodie juz przestali sie obrazac, dzieki czemu na plycie znalazly sie tak cudne ballady jak „Nothingman” czy bezwstydnie popowy „Better man”. ale rownowaza to czadami i odlotami. te pierwsze reprezentuje przede wszystkim „Spin the black circle”, „oda” do winylowej plyty. rzecz zgarnela nagrode za najlepszy „hard rock performance”, ale to jest punk jak w morde strzelil.
„Tremor Christ”, „Not for You”, „Whipping” czy „Corduroy” to seria piosenek, ktora mozna okreslic jako te ze „szkoly pisania songow imienia Pearl Jam”, ktora zalozyli na wysokosci „Vs.”. czyli rock alternatywny – troszke chwytliwosci R.E.M., troche jazgotu Sonic Youth… cisnie sie na usta slowo „Nirvana” i rzeczywiscie – jesli ukladac plyty PJ i Nirvany na jednej polce o nazwie „wybitni reprezentanci Seattle”, to wlasnie „Vitalogy” moznaby postawic obok dyskografii Cobaina i spolki. byc moze to nie przypadek – w koncu ’94 to byl TEN ROK. wszystkie oczy skierowane byly na ekipe Gossarda. nie podejrzewam jego zespol o bycie tak cynicznym, by nagrali plyte majaca na celu zagarnac osieroconych po Nirvanie fanow. ale nie da sie ukryc, ze panoszy sie tutaj duch Cobaina. rowniez, a moze zwlaszcza w tekstach, w sporej mierze traktujacych o zyciu i smierci. Vedder zreszta nie ukrywal, ze poruszyla go smierc KC, choc niespecjalnie panowie byli zaprzyjaznieni. ale jechali, czy tego chcieli czy nie, na jednym, grandzowym wozku, ktory wypadl z toru po pewnym kwietniowym dniu…dltego calosc ma tak dolujacy wydzwiek. zwlaszcza „Immortality”. chocby nie wiem jak Vedder zaprzeczal, od numeru az bije tributem dla Cobaina, tak w muzyce jak i w lirykach.swoja droga, to chyba najlepszy fragment calosci.
i jedyne co mnie nie przekonuje tutaj to odloty. pol biedy, gdy trwaja minute, jak „Pry, to”. wyjety z jakiegos ceremonialu indianskiego „Aye Davanita” moze sie podobac. ale brzmiacy Tom Waitsowato „Bugs” czy King Crimsonowato „Hey Foxymophandlemama, That’s Me”, gdy mija zaskoczenie po pierwzym przesluchaniu, zwyczajnie mecza. niemniej i tak to wielka plyta. na dodatek w genialnym opakowaniu. od tej plyty zreszta wyborny design stanie sie domena PJ.
najlepszy moment: IMMORTALITY
ocena: 8/10