rageman.pl
Muzyka

Pearl Jam – Vs.

rok wydania: 1993

wydawca: Epic

 

VS. przede wszystkim w moim prywatnym plebiscycie jest to jeden z najlepszych tytulow ever. dwie litery, a ile mowia… rowniez o samym Pearl Jamie. wystarczy zreszta polaczyc ten tytul z okladka. i wszystko wiadomo.

jesli cale zycie mieszka sie wsrod drwali na zadupiu USA i pomyka w kalesonach i kraciastej koszuli, oszalamiajacy sukces moze naprawde zrobic niezly burdel w glowie. czego efektem jest albo stopniowa izolacja zakonczona samobojem (Cobain) albo poglebienie sie uzaleznienia narkotykowego (Staley). Vedder i spolka byli odporniejsi, dzieki czemu Pearl Jam istnieje do dzisiaj. ale i im sukces „Ten” jak i calego movementu grungeowego namieszal w zyciu. wypowiedzieli wojne wszystkiemu. dystrybutorowi biletow, mediom, a przede wszystkim ladnym piosenkom. i chociaz na papierze wygladalo to tak, ze wnuczek postanowil na zlosc babci odmrozic sobie uszy, to ja jednak tym kolesiom wierze. wierze ze nie czuli sie dobrze w skorze gwiazd. na dodatek gwiazd stadionowego hardrocka. bo jak juz wczoraj wspomnielismy, o ile Nirvana ze swoja punkowoscia blizej byla graniu po klubach z Pixies i Sonic Youth, a Soundgarden i Alice In Chains pasowala do metalowego towarzystwa, tak Pearl Jam z brzmieniem z „Ten” mogl bez problemu prezentowac sie na arenach dla tysiecy ludzi. moze ciezko w to uwierzyc, ale sporo krytykow mialo wtedy PJ za korporacyjny produkt przebrany w alternatywne szatki. niektore zespoly wypielyby sie na takie opinie. dopoki portfel wypelniony, wszystko sie zgadza. ale Vedder i spolka powiedziala „Nie”. i dla mnie od VS zaczyna sie prawidzywy Pearl Jam. zespol alternatywny, idacy wlasna droga.

wlasciwie juz pierwszy numer – „Go” – mowi prawie wszystko o tej plycie. koniec z fajnymi piosenkami opartymi na potedze riffu. Aerosmith i Ac/Dc wychodza, zostaje ewentualnie Neil Young i Jimi Hendrix. Vedder dostaje wokalnej schizofrenii i albo ladnie spiewa („Elderly Woman…”) albo wydziera sie jak opetany(„Blood”). zreszta ostrzegamy: sluchacz tez dostac moze rozdwojeznia jazni. bo w ciagu 45 minut uslyszy na tej samej plycie numer funkiem podbity („Animal”), niemalze-country-a-przynajmniej-poludnie-stanow („Glorified G”) i plemienny odlot, ktorego by Peter Gabriel by sie nie powstydzil(„W.M.A.”)

uwielbiam klimat tej plyty. uwielbiam produkcje tej plyty. brud, surowosc, wrecz garaz. uwielbiam to podejscie „Anty”, ktorym kipi ten album. dlatego stawiam go znacznie wyzej od „Ten”. „Ten” to taki starszy synalek rodzicow, prymus w okularkach. „VS” jest krnabrny, brzydszy, nie umie sie zachowac. ale nikt nie ma watpliwosci, z to wlasnie ten mlodszy jest bardziej utalentowanym dzieckiem.

caly genialny paradoks tego albumu polega na tym, ze to wlasnie tutaj, na tym z zalozenia nieprzebojowym albumie, znalazly sie najpiekniejsze przeboje tego zespolu. akustyczny w duchu „Daughter”, z „przelamaniem” pozwalajacym na improwizacje koncertowe. „Dissident” z riffem wrecz zerzniietym od Allmanow czy innych poludniowcow. no i „Rearviewmirror”. narastajace napiecie tego numeru – ABSOLUT. gitarowa zagrywka – ABSOLUT. Vedder w wokalach i tekscie – ABSOLUT. calosc – ABSOLUT. a przeciez sa tez mniej oczywiste momenty. jak „Leash” z metalowa wrecz gitara czy najgenianiejszy final w historii albumow PJ – „Indifference”. sympatycznie sie kojarzacy swoja droga… no, rodzice mieli Barry White’a w pewnych sytuacjach, a pokolenie PJ2plyta mialo „Indifference”.

powtorze – szanuje i wrecz lubie „Ten”. ale gdyby zostali przy tamtym brzmieniu, prawdopodobnie skonczyliby jako relikt minionej epoki z archaicznym soundem i wypalona smykalka do tworzenia ciekawych piosenek. brzmienie ktore odkryli na „Vs” gwarantuje im, ze nawet w przypadku mniej udanych plyt beda brzmieli tak samo dobrze dekade temu, dzis i jeszcze przez kolejne dziesieciolecia.

 

najlepszy moment: REARVIEWMIRROR

ocena: 10/10

Leave a Reply