The Offspring – Ixnay On The Hombre
rok wydania: 1997
wydawca: Columbia
troszke sie wylamiemy z pisania o hiphopie z okazji nadejscia wiosny. wiec bedzie notka o Offspring. Spring = wiosna. the offSPRING. hahaha, taka smieszna zbieznosc, kumacie?
nie wiem czy to kwestia wychowania w innym warunkach klimatycznych i spolecznych, ale jakos nigdy nie moglem sie zalapac na kalifornijski punk, skate punk czy jak to tam nazwac. piosenkami owszem, ale zeby jakies cale plyty zbierac i w ogole to niezbyt. pewnie, jak kazdy dzieciak sie zalapalem na zajawke „Dookie”, „Smashem” czy „Americana”, bo tego kazdy na dzielni i w szkole sluchal. ale wylecialy z odtwarzacza i pamieci te plyty szybciej niz wlecialy.
troszke bylo inaczej z nastepca offspringowego „Smasha”, czyli „Ixnay on the hombre”. tej plyty akurat nikt specjalnie nie lubil, wiec ja z przekory postanowilem ja uwielbic. nawet sobie koszulke z (zajebistym skadinad do dzisiaj) wzorem z okladki kupilem i do dzisiaj gdzies ja trzymam, choc nawet gdybym chcial ja nosic to zupelnie juz sie do tego ona nie nadaje.no i tak sie uparlem z tm lubieniem tej plyty, ze az ja w koncu naprawde polubilem. i chociaz dzis zapal zdecydowanie ostygl, to sympatia, lekko wsparta sentymentem, pozostala. bo to naprawde ciut inny album, zwlaszcza w kontekscie dzisiejszego, arcyzenadnego jestestwa tego zespolu.
rzecz w tym, ze jak na pierwsza plyte wydana po przejsciu z indie-labela (Epitaph) do majorsa jest to jebitnie nieprzebojowy album. albo inaczej – przebojowy nie w taki sposob, w jaki mozna bylo sie spodziewac. nie ma tu ani zrzynki z Nirvany („Self Esteem”) ani patentu z laczeniem czadowania z gadano/rapowanymi wstawkami (na to przyjdzie pora pozniej, w nagminnej ilosci). wiekszosc plyty to po prostu szybkie, punkrockowe strzaly delikatnie podszyte melodia. najlepszy przyklad – „Cool To Hate”, najpopularniejszy – „All I Want”, godny zauwazenia pomimo singlowego niepowodzenia – „the meaning of life”. a ze nie tylko takimi kawalkami plyta stoi, to mnie sie to podobuje. na rower i do skladaka miedzy rancidami i nofx’ami jak znalazl.
to ze dalej probuja sil w ska („Don’t Pick It up”) tez trudno uznac za postaw godna „sprzedawczykow”, bo jakos nigdy ten gatunek nie zdobywal szczytow list przebojow. zupenym novum (i bardzo sympatycznym) w kontekscie tego zespolu jest zas to co dzieje sie w takich numerach jak „me & my old lady” czy zwlaszcza „I choose”. nie wiem czy to wplyw nowego producenta, dave’a jerden’a, ale ta charakterystyczna, psychodelizujaca gitara, funkowo podbity rytm… JANE’S ADDICTION? nooo paaaaanieeee, pewnie ze jestem na tak! zwlaszcza ze zrzyny doslownej nie ma.
moze nie tyle z nirvana, co z grungem jako takim moze sie ewentualnie kojarzyc dolujacy „Gone Away”, choc to bardzo luzne skojarzenie. przy okazji jest to jeden z najlepszych tekstow hollanda, ktory do specjalnie wybitnych teksciarzy nie nalezy. tutaj zaskakujaco ladnie, bez popadania w przesadne emo-klimaty, pokazal bol po stracie bliskiej osoby. no i wyjatkowo jeszcze przemawia do mnie ostatnimi czasy tekst „cool to hate”, heh.
a zeby nietypowosci tej plyty dopelnic to dodajmy, ze w „disclaimerze” przemawia do nas wokalista Dead Kennedys. blogoslawienstwo od samego Jello Biafry to nie przelewki. a co do goscinnych wystepow – w chorkach slychac pana davey’a havoka z nikomu wtedy jeszcze nieznanego AFI. fajnie, co nie?
przesada byloby dawac tej plycie specjalnie wysoka ocene, bo byloby to dosc niesprawieliwe wobec tych wszystkich starajacych sie stworzyc cos ambitnego, nawet jesli z nie zawsze najlepszym rezultatem. z drugiej strony – jesli zalozyc, ze tego typu muzyka nie ma z zalozenia dostarczac artystycznych uniesien i tym podobnych pierdol tylko podklad pod jazde na desce (czy w moim przypadku – pod katowanie „Tony’ego Hawk’a”), to „Ixnay” spelnia warunki nawet z nawiazka.
najlepszy moment: I CHOOSE
ocena: 7/10