rageman.pl
Muzyka

Pat Metheny Group – Speaking Of Now Live

rok wydania: 2003

wydawca: Eagle

 

(jesli wyjdzie z tej notki belkot to przepraszam, ale musialem dzis o 6 rano wstac. w sobote. i jak sie okazalo – bezcelowo. „zycie to gowno”, cytujac klasyka)

okej, a teraz przyjrzyjmy sie, jak sobie radzi Richard Bona w goscinie.

na poczatku aktualnej dekady do swej grupy zaprosil go sam Pat Metheny. i chociaz nie zagrzal tam Rychu dlugo miejsca, to da sie go uslyszec m.in. na dzisiaj omawianym wydawnictwie. ktore to jest zapisem koncertu w Tokio, gdzie chlopaky promowali najswiezszy wtedy album „Speaking of Now”. i chociaz, jak przedstawia go pod koniec koncertu Pat, Bona robi tu za kolesia „od wszystkiego” (wokal, gitara, bass, perkusjonalia + multum innych pierdol, ktorych nazw nawet nie znam), to slychac go tu najrzadziej wlasciwie. ale jak juz blysnie to nie ma zmiluj.

i chociaz nazwa kolektywu moglaby wskazywac, ze to bedzie teatr jednego aktora, to zdecydowanie tak nie jest. pierwszy numer to Pat w towarzystwie samej gitary, ale wraz z kolejnym trackiem dolaczaja inni i jest to juz prawdziwie towarzyska gra, gdzie kazdy ma rowne szanse zablysnac. z czego kazdy zawodnik skrzetnie korzysta. w kategorii „popisowki” dla mnie wygrywaja ex equo perkusista i trebacz. zreszta, podobnie jak Bona, nowi w tej druzynie. ale i starszyzna plemienna radzi sobie niezle, na czele z klawiszowcem Lyle Maysem, ktorego drodzy sluchacze mych wywodow moga kojarzyc z wykladu o „Shadows And Light” Joni Mitchell.

jesli chodzi zas o sama Muzyke… na poczatku, szczerze mowiac, jest nudnawo. mocno traci to slodkim, jazzowym pierdzeniem, ktore mnie conajmniej nudzi i zlewa mi sie w jeden numer, ciagnacy sie niczym cukierek typu krowka. taka muzyczna siesta, if ya know what I mean. dopiero na wysokosci „The Gathering Sky” towarzystwo sie rozkreca, a muza staje sie bardziej urozmaicona. czy to bedzie mega ujmujacy duet wokalny Bona/Vu w „You”, czy wykorzystanie w „Are you going with me?” gitary, ktora pierwszy raz na oczy widzialem: jakas szalona mutacja trojgryfowej gitary z harfa (EDIT: juz wiem jak to cos sie nazywa, sprawdzilem w wikipedii: Pikasso Guitar, powstale na specjalne zamowienie Metheny’ego, do obejrzenia tu). jednym slowem: masakra.

choc mnie najbardziej zaabsorbowaly dwa fragmenty: „Scrap Metal” i „The Roots of Coincidence”. pomimo nazwy, to ten drugi jest bardziej rockowy czy nawet metalowy. moze w jakims stopniu nawet industrialny, dzieki elektronicznemu podkladowi. pierwsze cudenko zas to chyba najbardziej, hm, szalony numer w calym zestawie, dzieki „trabkowemu” odlotowi tracacy Trzaska jakims. anyway, smooth jazzowcom moglyby peknac uszy.

jesli chodzi o sama rejestracje koncertu, to wlasciwie nie ma o czym mowic. zespol na „golej” scenie, jedyne wizualne urozmaicenia w postaci zzakulisowych wstawek miedzy utworami, o dlugosci max dwusekundowej. a publika siedzi i klaszcze niczym u rubika. no ale wazne ze zespol nadrabia te niedogodnosci. mozna nie lubic z zalozenia muzyki jaka uprawia Metheny (chociaz dwa wspomniane tracki udowadniaja, ze Pacio potrafi, jak chce, dolozyc do pieca), ale nie sposob odmowic jego zalodze pasji i kunsztu, z jakim sie produkuja. mega przyzwoity koncert, ot co.

 

najlepszy moment: THE ROOTS OF COINCIDENCE

ocena: 7,5/10

Leave a Reply