Clannad – Anam
rok wydania: 1990
wydawca: RCA
wybaczcie obsuwe, ale mialem wczoraj bardzo nietypowy, wrecz paranoiczny dzien. i niestety, nie mialo to nic wspolnego z Dniem Dziecka. swoja droga – spoznione zyczenia.
konczymy na razie z Clannadem. tym razem zajmiemy sie plyta, z ktora wchodzili w lata 90te. i niestety, nie zrobili tego w jakims oszalamiajacym stylu.
najogolniej rzecz ujmujac, jest to plywa w pol drogi miedzy „Magical Ring” a „Macalla”. w negatywnym tego stwierdzeniu ujeciu. czyli nie ma ani magii tego pierwszego, ani przebojowosci tego drugiego. takie Urszulowe „Malinowy Krol” razy dziesiec, tyle ze wyprane z chwytliwosci. jeszcze jakos singlowe „In Fortune’s Hand” i „Why Worry?” cos tam probuja wpasc w ucho, ale nie ma porownania nawet do „In a Lifetime”, ktory przeciez wybitnym kawalkiem tez nie byl. co gorsza, wyparowalo tez to co stanowilo o unikalnosci Clannadu – czyli celtycki feeling i mistyczne wokale, tak zenskie solowe jak i meskie choralne. jedyne co laczy jakos z przeszloscia to irlandzki jezyk pojawiajacy sie w dwoch piosenkach. no okej, jeszcze Anam probuje byc magiczny. z podkresleniem slowa „probuje”.
sympatyczna, nieabsorbujaca zanadto muzyczka. jak na ten zespol – i tak wcale nie jakis wybitny – to stanowczo za malo.
najlepszy moment:RI NA CRUINNE
ocena: 6,5/10