Electric Light Orchestra – On The Third Day
rok wydania: 1973 (reedycja: 2006)
wydawca: Legacy
Wiem, nudny ostatnio jestem. Jak nie rapsy, to Electric Light Orchestra. No ale co zrobię, piszę o muzyce która mnie kręci. A dawno żaden zespół tak mnie nie zakręcił jak ELO właśnie. Zaczynamy więc kolejną serię omówień ich dyskografii.
Zacznijmy od „On The Third Day”. Z dzisiejszej perspektywy jest to solidny reprezentant wczesnego, progrockowego oblicza ELO, jednak w kontekście dwóch poprzednich krążków progres stylistyczny był dość wyraźny. Wynikał on przede wszystkim z braku jakiegokolwiek wkładu twórczego Roy Wooda, współzałożyciela ELO, który wprawdzie odszedł z zespołu już po debiucie, jednak jego pomysły załapały się jeszcze na „ELO 2”. Tym samym „OTTD” można uznać za pierwsze dzieło Electric Light Orchestra jako niemal w pełni autorskiego projektu Lynne’a – czyli takiego, jakim miał być już do końca swych dni.
Ostatecznie jednak powstało dzieło przejściowe, w pół drogi między progresywnym, wyrafinowanym strukturalnie rockiem a piosenkowością, będącą credo całej działalności artystycznej Lynne’a. Taki odbiór jest zresztą niemal sugerowany przez tracklistę samego albumu, wyraźnie rozpadającą się na dwie części. Pierwsza, układająca się w suitę, której kolejne części płynnie przechodzą jedna w drugą i których podział na indeksy należy traktować dość umownie (zresztą na reedycji „Ocean Breakup” i „King Of The Universe” spięto w jeden numer). Druga, w subiektywnym odczuciu znacznie ciekawsza, nawet jeśli niezupełnie zrywająca z progrockowymi ideałami części pierwszej (instrumentalny „Daybreaker”), celuje już raczej w piosenkowe struktury. Bardziej zapadające w pamięć, zarówno dzięki przebojowym melodiom („Showdown”), jak i niemal hardrockowej energii gwarantowanej przez regularne riffy („Ma-Ma-Ma Belle” i „Dreaming of 4000”, w obu gitarowej pomocy udziela sam Marc Bolan, nieodżałowany lider T.Rex).
I choć tak jak wspomniałem, druga połowa albumu wypada ciekawiej jako znacznie bardziej charakterystyczna dla późniejszego stylu Lynne’a (choć akurat tak typowe dla niego beatlesowanie pojawia się głównie w pierwszej części albumu, zwłaszcza w Lennonowym „Bluebird Is Dead”), to też trudno mi wśród nich wyróżnić jakąkolwiek piosenkę, która mogłaby konkurować z najlepszymi momentami późniejszych albumów. No chyba że genialny closer… tyle tylko, że to opracowanie doskonale znanego tematu „W Grocie Króla Gór”. Niespecjalnie w tym kontekście interesująco wypadają też bonusy, będące głównie wersjami demo piosenek programu głównego.
Można poznać, ale raczej jako lekturę uzupełniającą.
najlepszy moment: IN THE HALL OF THE MOUNTAIN KING
ocena: 7/10