rageman.pl
Muzyka

Prince – Planet Earth

rok wydania: 2007

wydawca: NPG

 

elo. dzis do panteonu gwiazd tego bloga wprowadzamy nowa persone.

sciemniac nie bede, ze na muzyce Prince’a sie wychowalem. ba, na poczatku naszej znajomosci wrecz niemozebnie mnie wkurwial. na poczatku lat 90tych, kiedy tylko widzialem jego facjate na mtv, wylaczalem telewizor. i choc wciaz ekhm nie przekonuje mnie on wizualnie (symbol sexu? whatdafuuuuuuck?), to na szczescie w procesie dorastania uaktywnily mi sie uszy i zaczalem zwracac na to, co pan Ksieciunio komponuje. a nie tylko robi to imponujaco pod wzgledem ilosciowym (ponad dwadziescia albumow w ciagu 30 lat), ale przede wszystkim jakosciowym. no kurcze, „When Doves Cry”, „Let’s Go Crazy”, „Kiss”, „1999”, tonameafew. zdecydowanie bardziej preferuje ksiecia w dynamiczniejszym, funkowym wydaniu, ale jednak trudno nie ugiac sie przed takimi Arcydzielami jak „Purple Rain”. no a poza tym – jest to Postac. czlowiek-instytucja-orkiestra. multitalent potrafiacy stworzyc cala plyte praktycznie samemu, a przy okazji spec od autokreacji i marketingu wlasnej osoby. zapewne gdyby nie Ksiaze zupelnie inaczej moglby prezentowac sie Andre z Outkastu, a przede wszystkim Lenny Kravitz, bedacy dla mnie bezczelna i na dodatek slaba artystycznie kopia Ksiecia.

no wiec dzis pomowimy o kolejnym, choc juz nienajswiezszym (Prince na 2009 zapowiada TRZY plyty) wydawnictwie tego pana. czy zaskakuje czyms? niespecjalnie (no chyba ze sposobem wydania – kapitalna okladka + rozprowadzanie albumu w UK za bezcen). zreszta ile razy mozna rewolucjonizowac rynek muzyczny. dostajemy wiec Prince’a jakiego znamy i bardzo lubimy. choc na poczatku zalicza falstart – tytulowy kawalek to nieznosna, patetyczna ballada. potem jest juz jednak tylko lepiej. „Guitar”, bedacy zarazem pierwszym singlem, to zgodnie z tytulem oda do ulubionego instrumentu rockmanow. i rzeczywiscie- zagrywka na tym instrumencie prowadzi calosc, mozna uslyszec charakterystyczne „yeah”, jest ogolnie baudzo rokendrolowo i dlugowloso. oczywiscie nie ma mowy o wiosce, jednak to „tylko” przyzwoita rzecz. o wiele lepiej wypada drugi „hit” – „chelsea rodgers”. tu juz nie ma praktycznie w ogole gitary, tak „mentalnie”, jak i doslownie. za to jest kapitalne nawiazanie do idoli Prince’a – Earth, Wind & Fire, Sly & Family Stone, James Brown. cudo. w ogole druga czesc tej w sumie niedlugiej plyty prezentuje sie o wiele lepiej. wyroznia sie tez „Lion Of Judah”. niby balladowy, ale zamiast milosnego stekania wkradl sie do calosci mistycyzm. moze jednak dobrze mu robi bycie Swiadkiem Jehowy?

wybitna plyta to na pewno nie jest, ale na pewno zajebiscie przyzwoita. a to juz poziom nieosiagalny dla wielu, zwlaszcza dla Krawca.

 

najlepszy moment: CHELSEA RODGERS

ocena: 7,5/10

Leave a Reply