Ice Cube – War & Peace Vol. 1 (The War Disc)
rok wydania: 1998
wydawca: Priority
wlasnie rzucilem okiem w sasiednim pokoju na telewizje, gdzie wlasnie transmituja festiwal w Opolu. ivan komarenko z playbacku wykonuje „Daj mi te noc”. jestem wdzieczny Najwyzszemu, ze dal mi sile by bez zalu wyjebac telewizor z pokoju.
okej, porozmawiajmy dzis o Prawdziwej Muzyce. a ze wczoraj wspominalismy, jak Ice Cube miazdzyl publike podczas Family Values, wiec wrocmy do tematu tego kolesia.
przyznam, ze mam do typa slabosc. moze ma to cos z gombrowicza, moze dziala to na tej samej zasadzie, co uwielbienie elit dla „wojny polsko-ruskiej” maslowskiej. ale naprawde typ jest dla mnie moze nie idolem, ale na pewno Postacia. choc gra w max slabych filmach (chociaz jestem chyba jedyna znana mi osoba, ktora nie tlyko pamieta „Anakonde”, ale nawet dobrze ja wspomina), nie dysponuje jakims mega flow, a i same plyty wydane w tej dekadzie nie maja raczej startu do pierwszych dokonan tego pana. ale NWA. ale Predator. ale ogolnie cala otoczka, caly ten gangsta style, West Coast ponad wszystko, totalna olewka na poprawnosc polityczna (think „No Vaseline”). przypuszczam, ze Ice Cube jest ostatnim zyjacym raperem, ktory wciaz wierzy w walke zachodniego wybrzeza ze wschodnim. zapewne gdyby nasz bohater urodzil sie w Polsce, to wolanoby na niego Popek i wydawalby w Prosto. ale w przeciwienstwie do Firmy i tym podobnych bambusow – ja ta konwencje kupuje.
jak tytul tego wydanego po 5 latach przerwy wydawnictwa wskazuje, mamy do czynienia z czyms na ksztalt koncept albumu (dwa lata pozniej ukazal sie Peace Disc). niestety, wbrew tytulowi – zadnej wojny krazek nie wywolal, troche tez przepadl na rynku, nie zyskujac wsparcia krytykow. nieslusznie. bo moze i nie jest to bomba na miare wczesniejszych dokonan, na dodatek pomysl na calosc nie dopuscil do obecnosci na krazku pozytywniejszych fragmentow w duchu „It was a good day”, to jest to wciaz bardzo solidne gowno. oczywiscie, w pozytywnym tego slowa znaczeniu.
zapewne ludzie dalecy od rapu nie przelkna tego albumu. bo to 70minutowy kolos, ktorego trza jednak sluchac w calosci. przebojow ewidentnych wlasciwie brak. stara sie „Pushin Weight”, ktory probowal swych sil na listach przebojow. mozna zawiesic ucho na refrenie „War & Peace”, zapozyczonym z „Don’t speak” No Doubt. nastawione na przeboje ucho chyba najbardziej sie ucieszy slyszac „If I Was Fuckin You”, „Once Upon A Time In A Project 2” (calkiem przyjemny sequel klasyka) czy „X-Bitches”, mocno podszytych g-funkiem (co o tyle zaskakuje, ze Ice pomimo rodowodu nigdy zanadto nie posilkowal sie takimi dzwiekami). dla mnie najwieksza jednak bomba jest drugi singiel plyty – „Fuck Dying”. w goscinie Korn, ktorzy odwdzieczaja sie za featuring Jacksona na „Follow The Leader”. i choc slychac wlasciwie samych wioslowych numetalowej zalogi, to i tak wyszlo calkiem kozacko. i jesli chodzi o goscinne wystepy, to jest to wlasciwie jedyny konkret. bo zarowno Mack 10 (ziom Ice’a z Westside Connection), a tym bardziej obecny w 5 trackach Mr Short Knop to raczej jedni z miliona, niz jedni na milion. na dodatek cameo zalicza, odpowiedzialny dodatkowo za pare podkladow tutaj Master P, reprezentant najbardziej czesrtwego rapu w historii tego gatunku (tak, gorszy nawet od crunk nuty), ktory mial swe 5 minut pod koniec lat ’90.
teksty? to co zawsze, czyli tradycyjne zmartwienia zachodniego wybrzeza. dziwki, gangsterskie porachunki, rap-pozerzy. wiekszych dissow brak, choc ciekawi mnie reakcja Lil Kim na „Extradition”. wiekszych kontrowersji brak, choc pewnie coponiektorym i tak moglyby zwiednac uszy.
jeszcze raz – solidny material. prawdziwy rap od tylu lat. szacuken.
najlepszy moment: FUCK DYING (feat. Korn)
ocena: 8/10