rageman.pl
Muzyka

Laurie Anderson – Talk Normal: The Laurie Anderson Anthology

rok wydania: 2000

wydawca: Rhino

 

pani anderson watku ciag dalszy.

jak sama nazwa wydawnictwa wskazuje, jest to antologia. a nie zadne tam grejtest hits. wydawnictwo niemal wzorcowe – 2 plyty, prawie 3 godziny muzyki, milusie opakowanie, a w srodku juz nawet nie ksiazeczka, a kniga, opisujaca przebieg kariery pani Anderson. szkoda tylko, ze zadnych multimediow nie ma. co nie do konca musi byc zarzutem z dupy. bo niby przelomowych teledyskow, jak jej kolega Peter Gabriel, sie nie dorobila. ale z drugiej strony – ta pani zawsze lubila wybiegac poza obszary muzyczne w swej drodze artystycznej.

no wlasnie. bo niby zadnej jej plyty za klasyczne dzielo nie da sie uznac. ba, chocby na podstawie tej antologii mozna wyciagnac wniosek, ze nie dorobila sie ona zanadto wlasnego stylu. a jej siedem plyt, poza jej unikalnym glosem i awangardowym posmakiem niewiele laczy. eklektyzm, some might say. i jako sympatyk tej pani chyba do tej opinii sam sie zblize. ale trzeba pamietac o tym, ze ta pani przede wszystkim byla (i jest) performerka. i jak na kogos, kto kariere muzyczna zrobil „przez przypadek”, to calkiem ciekawy dorobek muzyczny posiada. opiszmy „pokrotce”.

kazdy album ma minimum 4 reprezentantow. zaczynamy podroz od debiutu. „Big Science”. tutaj najbardziej slychac, skad ta pani sie wywodzi. minimalistyczne podklady z udzialem skrzypiec, klawiszy i deciakow, generowane przez staly zestaw muzykow. modulowany vokoderem wokal, sprowadzajacy sie wlasciwie do stricte gadanych partii. niby stad pochodzi jej najwiekszy przeboj „Oh Superman”, ale jednak blizej temu wszystkiemu do galerii sztuki czy teatru nawet niz sal koncertowych. choc jest to jak najbardziej udany material.

potem mamy „Mister Heartbreak”. najwiekszy sukces komercyjny, a i dla coponiektorych komercyjny. totalna odmiana, jesli chodzi o aranzacje. calkiem pokazna gromada muzykow (m.in. Adrian Belew z King Crimson, Nile Rodgers, Bill Laswell), mnostwo dzwiekow. znamienne, ze w 3 numerach na 4 z tego albumu slychac Petera Gabriela. rzeczywiscie najblizej temu materialowi do wczesnych albumow solowego PG. aranzacyjny wypas, z przebojowym potencjalem, ale jednak sporo tu jeszcze „alternatywy”, niezbyt radio-friendly nut. swoja droga, z tejze plyty pochodzi cudny „Excellent Birds”, ktory 2 lata pozniej Gabriel wpakowal na swoj „So” pod zmienionym tytulem „This Is The Picture” i ciut przearanzowanej wersji.

potem mamy najliczniejszy material z pierwszego „live” albumu, „United States Live”. chociaz za tradycyjna koncertowke ni chuja da sie to uznac. melodii tu na lekarstwo, podobnie jak jakichkolwiek wokali Anderson. rzadza dzwiekowe impresje, dysonanse, halas. doceniam, choc przyznam, ze momentami troche wymiekam przy tych kawalkach.

kolejne wydawnictwo – „Home Of The Brave” – to tez rejestracja wystepu, ale to juz zupelnie inna bajka. powrot do piosenkowej formy. tradycyjne (jak na Anderson) instrumentarium, a przede wszystkim spiewow. a konkretnie – chorkow. w polaczeniu z saxofonami i tym podobnymi pierdolami daje to spora ilosc dzwiekow niekoniecznie kojarzacych sie z Anderson – soul, gospel, funk. pomogaja one zamortyzowac szok, jakim bedzie warstwa dzwiekowa i wokalna kolejnego albumu.

o „Strange Angels” bylo juz wczoraj. krotko: to andersonowe „So”. aranzacje wypasione jeszcze bardziej niz na „Mister Heartbreak”, ale za to towarzysza one melodiom przebojowym jak nigdy dotad. nie sadze, by Anderson chciala sie „sprzedac”, ale faktem jest, ze na potrzeby tego albumu brala lekcje spiewu. poskutkowalo – wystarczy posluchac albumu tytulowego.

5 lat pozniej bylo juz po wszystkim. „Bright Red” to juz nawet nie alternatywa, a rock niemalze. pozostal wprawdzie dryg do pisania Piosenek, ale aranzacje to raczej juz inna bajka niz na „SA”. tutaj najbardziej urzeka „In Our Sleep”, wokalny duet Laurie z jej nowym chlopcem, niejakim Lou Reedem. dodatkowo na klawiszach przygrywa Brian Eno, producent „BR”. bossowski zestaw!

zestaw zamykaja numery z „The Ugly One With A Jewels And Other Stories”. czyli powrot do korzeni. prawie. bo rzecz w tym, ze o ile slowo mowione nie jest niczym nowym w jej tworczosci to na tej wysokosci bylo ono wlasciwie jedynym elementem utworow. sam storytelling, dzwieki towarzyszace mozna policzyc na palcach jednej reki (generowane sa zreszta one wylacznie przez sama Laurie). a o czym te historie? pokolei – wspominki o Andym Kaufmanie, historia kobiety lecacej pierwszy raz samolotem i przekonanej, ze swiatla migocace za oknem to gwiazdy (podczas kiedy byly to „swiatla miasta”), opowiastka o ultrareligijnej babci Laurie, umierajacej w panice, poniewaz zapomniala wlozyc kapelusza na spotkanie z Jezusem oraz anegdota o spotkaniu okultystow w Kalifornii. Anderson podczas takich pogadanek z publicznoscia zahaczala o polityke i problemy spoleczne, ale tutaj, jak widac, postawila na lzejsza tematyke.

wczoraj polecalismy „Strange Angels” jako ten album, ktory z powodu najwiekszej przystepnosci stanowi najlepszy pierwszy krok w zapoznawaniu sie z postacia Laurie. ale istnieje ryzyko, ze ktos uzna ja po tej plycie za zenski odpowiednik Piotrka Gabriela i sie zniecheci. wiec polecam jednak „Talk Normal”. prawdziwszy to obraz tego, co wyczyniala ta pani z dzwiekami.

 

najlepszy moment: EXCELLENT BIRDS (feat. Peter Gabriel)

ocena: 8/10

Leave a Reply