rageman.pl
Muzyka

Alanis Morissette – Supposed Former Infatuation Junkie

rok wydania: 1998

wydawca: Maverick

 

jak pamietamy, wspolpracujacy z Anna Maria Jopek Richard Bona mial okazje udzielac sie na tym samym projekcie (mowa o „Prayer Cycle”) co Alanis Morissette. powrocmy wiec do tej przesympatycznej Kanadyjki.

generalnie rzecz ujmujac – mylilem sie co do sofomora debiutu. „SFIJ” to baaaardzo przyzwoita plyta. choc mocno problematyczna.

na pierwszy rzut ucha wielkich odstepstw od „Jagged Little Pill” nie ma. brzmienie postgrungeowe, z gdzieniegdzie udzielajaca sie harmonijka ustna czy flecikami. elektroniczne podbicie spreparowane przez producenta glena ballarda to tez juz cos, co doskonale kojarzymy. na marginesie mowiac, poza ballardem pojawiaja sie juz raczej nowe nazwiska, na dodatek nie ma zadnych szalonych featuringow pokroju flea czy dave navarro. a wlasnie, skoro mowa o wioslowym jane’s addiction – bass na SFIJ obsluguje chris chaney, ktory pare lat pozniej wyladuje w reaktywowanym JA.

no, ale odbieglismy od tematu. wiec dopiero przy kolejnych przesluchaniach dostrzegamy nowe podejscie Alanis do swej tworczosci. o ile debiut to byla kopalnia singli, wrecz evergreenow, tak tutaj nie dosc, ze czesto mozemy zapomniec o schemacie zwrotka-refren, to i z wylapaniem melodii moze byc problem. a poszukiwacze optymistycznych piesni na miare „head over feet” czy „Hand in my pocket” moga zdecydowanie dac sobie spokoj z drugim wydawnictwem alanis. no, moze lekko taneczny (choc mnie osobiscie strasznie irytujacy) „So Pure”, posilkujacy sie harmonijka ustna „Unsent” czy singlowy „Thank U” (pamietacie klip z nagusienka Alanis?) jakos bronia honoru optymistyczniejszego oblicza alanis.

bo reszta to juz „ciemna strona ksiezyca”. gdzie nawet jesli sam tekst mozna zaliczyc do pozytywnych, to towarzyszace mu dzwieki wywoluja zgola inne skojarzenia. czyli milosnicy „you oughta know” i „mary jane” maja za sprawa „SFIJ” solidna wyzerke. a do podstawowych dan zaliczylbym: „Joining You”, w ktorym wieksza partia zwrotek oparta jest na samej partii metalowej wrecz gitary (nie wiem czemu, kojarzy mi sie z Metallika z okresu „St. Anger”); najlepszy chyba „I was hoping” z zajebiscie budujaca klimat elektronika i najbardziej „rockerski” „Baba”. a jest jeszcze i oblicze, ktore tez juz znamy z debiutu, ale tutaj posiadajace znacznie silniejsza reprezentacje. o akustyczno-minimalistycznych balladach mowa. najsliczniej wypada to w „I would be good”.

nie wiem, jakie Alanis ma (i miala) mniemanie o swoich mozliwosciach artystycznych. ale chyba dobrze sie stalo, ze zamiast podejmowania proby nagrania „Jagged Little Pill 2” z jeszcze wieksza iloscia przebojow, poszla w zupelnie innym kierunku, przynajmniej na ten jeden album. „Supposed…” wydaje mi sie najlepsza rzecza, jaka mogla wtedy wydac. a gdyby troche ograniczyc ilosc na rzecz jakosci (17 piosenek to jednak sporo), to naprawde moglo byc juz zupelnie poteznie.

 

najlepszy moment: I WAS HOPING

ocena: 8/10

Leave a Reply