Korn – Follow The Leader
rok wydania: 1998
wydawca: Immortal
trzeci album Korna to juz Korn wersja wypasiona. pierwsze miejsce na Billboardzie, a takze w innych krajach. wydanie albumu poprzedzona wielka kampania na caly kraj i uruchomieniem specjalnego kanalu telewizyjnego. ross robinson jako producent idzie w odstawke – bierzemy kogos o mniej charakterystycznym soundzie. no i piszemy piosenki, mnostwo piosenek. wlasciwie to same piosenki, w ktorych nawet dziecko rozrozni refren od zwrotki.
nie bede ukrywal, ze moje relacje z tym albumem przybieraly bardzo rozne formy na przestrzeni lat. na poczatku byla milosc, bo wlasciwie od tego wydawnictwa zaczela sie moja znajomosc z kornem. a konkretnie od teledysku „got the life”, ale o nim konkretnie pozniej. no wiec tak, moznaby uznac to co sie stalo za milosc od pierwszego wejrzenia. cala osma klasa postawowki przebiegla mi pod znakiem „FTL”. a ze byl to specyficzny bardzo rok z roznych powodow, to i moglbym nawet pokusic sie o emo-wyznanie, ze naprawde pare razy ten album dal mi solidnego kopniaka by walczyc z pewnymi hmmm przeciwnosciami losu. ah, gdyby muzyka mogla rozwiazywac i problemy dwudziestoparolatkow.
no dobra, ale po milosci to przyszla, niespodzianka!, nienawisc. bo jako poczatkujacy hejwimetal w pierwszej klasie liceum uznalem, ze Korn sie na tym albumie SPRZEDAL. zaczal GRAC GOWNO. poczal robic loda komercji. i takie tam. na szczescie szybko sie ogarnalem i dzis po prostu bardzo lubie ten album. choc trudno nie miec wrazenia, ze wlasnie na ten krazek mozna datowac poczatek konca Korna.
jak juz wspomnielismy, pierwsze co rzuca sie w uszy to brzmienie. surowizna „life is peachy” poszla precz, nie mowiac juz o tym, co dzialo sie na debiucie. aranzacje sa poupychane dzwiekami do granic mozliwosci. zero przypadku, wszystko takie… unormowane. ale to moze sie podobac, bo jest to cos nowego. a korn miedzy innymi szanuje za to, ze ryzykuja, ze wciaz kombinuja… no, na pewno dotyczy to okresu tak gdzies do wydania „untouchables”. no i dlatego sound „FTL” uznaje bardziej za experyment niz sprzedanie sie. zreszta, „sprzedanie sie” – znow zapachnialo wczesnym liceum i plecakiem typu kostka.
sprzedali sie, bo bylo co sprzedawac. kazdy daje tu z siebie jak najwiecej. bass jeszcze bardziej rozrywa membrany uszne. david silvera nigdy nie byl wymiataczem perkusyjnym, ale naprawde sie stara. gitarzysci wprawdzie polubili sie z riffem, ale wciaz Obroncy Ognia Metalowej Gitary pod patronatem swietego Manowara maja ich za heretykow. („gdzie sa solowki, do chujaaaaa!”) no i najwazniejsza byc moze zmiana, czyli wokal davisa. chlopak ekhm nauczyl sie spiewac. slychac panowanie nad glosem, spiewanie pelna geba. a ze ulecial gdzies ten posmak szalenstwa, moze nawet spontanicznosci? bedziemy martwic sie pozniej. tutaj na razie nacieszmy sie nowym davisem, ktory wprawdzie wciaz srednio daje sobie rade z wlasnym psyche, ale przynajmniej juz nie wraca do dziecinstwa. okazalo sie, ze bycie slawnym i bogatym jest jeszcze traumatyczniejsze. i wez tu facetowi dogodz.
a piosenki? piosenki! sporo tu tego. dyskotekowy… no, imprezowy „got the life”. wciaz swietna rzecz. „freak on a leash” – kultowa sprawa, choc bardziej za sprawa klipu (o szalonym naboju) niz samej piosenki. ale to przyzwoita rzecz. z niesinglowych rzeczy wyrozniam „seed”. moge wam sie do czegos przyznac? zawsze jak slysze ten numer, to wizualizuje mi sie w glowie pozna jesien (czyli ciemno juz wszedzie) i oczekiwanie na 136’tke, az mnie juz odbierze z tego wstretnego niedzwiednika. ale to mile wspomnienie w gruncie rzeczy. przypominajace, ze kiedys bylem bardzo wrazliwym, wyzbytym cynizmu mlodym czlowiekiem.
chociaz naj moim numerem stad jest jednak „cameltosis” z goscinnym udzialem tre z pharcyde. wlasciwie stricte hiphopowy numer – bujajace, czysto rymowane zwrotki i wlasciwie to spiewne refreny. baunsu z tego nie bedzie, ale do melanzu jak najbardziej, brat. zreszta, ficzuringow tu wiecej – w „children of the korn” pomrukuje ice cube, a w „all in the family” swoim nie bioracym jencow flow popisuje sie fred durst z limp bizkit. a, no i jeszcze w przerobce „earache my eye” slychac aktora cheech marina.
ocena odzwierciedla to, ze jednak debiut stawiam wyzej. ale „FTL” to i tak jednak juz taki maly klasyk, nie tylko zreszta dla mnie.
najlepszy moment: CAMELTOSIS (feat. Tre Hardson)
ocena: 8/10