rageman.pl
Muzyka

Korn – Life Is Peachy

rok wydania: 1996

wydawca: Immortal

 

jedziemy dalej.

ajjjj, ten album to ja jednak wciaz ubostwiam. nie wiem czy to jest Obiektywnie Najlepszy album korna. chcialbym aby byl za takowy uznawany. ale nie jest i nie bedzie. sam zespol ma obiekcje do tego albumu, a i krytyka go schlastala. ale dla mnie wlasnie tutaj Korn pokazal Klase.

w czym rzecz? 2 lata po debiucie nagrywaja album w tym samym studiu, z tym samym rossem robinsonem (uznawanym niezbyt chwalebnie za ojca chrzestnego numetalu, ale to tez on odpowiada za „roots” sepultury czy revival the cure… i vanilla ice). niby podejscie do kompozycji wciaz nie zmienilo sie zanadto – w momencie wydawania albumu Korn byl wciaz tylko obiecujacym alternatywnym zespolem, wiec cisnienia na przeboje nie slychac. ale to BRZMIENIE. wiem, bede smazyl sie w piekle za to porownanie, ale czasem „life is peachy” brzmi jak rejestrowany przez steve’a albiniego. surowszczyzna totalna. czesto slyszy sie muzykow gadajacych o tym, jak to ich celem przy nagrywaniu albumu bylo to, by sluchacz mial uczucie obcowania z zespolem w jednym pokoju/garazu. Davisowi i spolce naprawe sie to udalo. i nawet jak ktos oficjalnie nie cierpi na klaustrofobie, to poczuje sie nieraz nieswojo przez te 48 minut.

„pomogl” tez sam zespol. gdzies tam po necie kraza wywiady z tego okresu, gdzie head i munky chwala sie wykorzystaniem pierdyliarda efektow na tej plycie. efekciarze, znaczy sie. ale tutaj naprawde slychac przede wszystkim efektywnosc, nie efektownosc, jesli moge sie tak wyrazic. jeszcze mniej tu tradycyjnych riffow , panuje za to drobnica gitarowych zagrywek i zagrywiatek, pojedynczych dzwiekow, modulacji, czy tez mowiac wprost – zabawy dzwiekiem gitary. powiedzialbym ze kornowi blizej tu do sonic youth niz do metalliki, ale musialbym pozniej sam sobie wpierdol dac za taka profanacje. anyway, ciezko to nawet nazwac metalem. ciezko to nawet nazwac rap metalem, choc wplyw hiphopu dalej jest tu mocno slyszalny.

no i wreszcie – nie mam juz takiego problemu jak z debiutem, ze piosenki gdzies gina w tle zjawiskowego brzmienia. zaczyna sie „twistem”, czyli jednym ze znakow firmowych davisa-wokalisty. trudno to nawet nazwac scatem. anyway, urszula dudziak padlaby. z wrazenia albo z rozpaczy. szybko przechodzimy jednak do „Chi”, nazwanego na czesc basisty deftones. i to chyba najlepsza wykladnia tego, czym album „Life is peachy” jest. refrenowe rzezenie gitar w refrenach, redefiniujace pojecie „riffu” czy nawet „zagrywki gitarowej”. powiedzialbym cos o pracy gitar w zwrotkach, ale brakuje mi juz synonimow do slowa „efekty”. moze kombinacje? sekcja rytmiczna – hmmmm… would it sound lame if i call it SZALENSTWO? musze tu jeszcze wspomniec o wokaliscie. jak wspominalismy przy poprzedniej notce, korn w swym slabym okresie trwajacym przez ostatnia dekade to przede wszystkim obnizka formy davisa. wokalna fuszerka, a przede wszystkim ciagle mielenie problemow, ktore juz w kontekscie 40ltetniego prawie kolesia brzmia nie tylko groteskowo, co po prostu nieszczerze. dlatego doceniam jego prace na „LIP”, tak wokalna jak i teksciarska. zamiast sie rozpisywac o poruszanej tematyce, ktora sie mocno poszerzyla wskaze na czynnik, ktorego w pozniejszej jego tworczosci/”tworczosci” bedzie brakowac – dystans. wlasciwie na „LIP” brak wiekszych odwolan do traumatycznego dziecinstwa, poza „mr rogers” i „kill you”. ba, czasem jest nawet WESOLO. choc taki „K@#0%!” to jednak humor dosc analny.

no ale, o piosenkach ja chcialem. bo wlasnie, wreszcie w paru przypadkach da sie o utworach powiedziec „piosenki”. dla niektorych to juz zapewne pierwsze symptomy sprzedania sie. dla mnie „good god”, „no place to hide” czy „adidas” (by poleciec singlami) to potwierdzenie, ze panowie opanowali w koncu sztuke pisania Piosenek, a nie upychania do jednego utworu wszystkich pomyslow, jakie im przyszly do glowy w trakcie mielenia tegoz utworu na probowni. chociaz przyznam, ze i tak najbardziej rrrrobi mnie przerobka Ice Cube’a „wicked”. kapitalnie przetransportowany podklad na „zywy sklad”, w zwrotkach chino moreno (deftones) pokazuje, ze poza zawodzeniem potrafi takze rymowac, no a w refrenie…. paaaaanie, w refreeeeenie…. takiego korna pokochalem i taki sound korna wspominam najpozytywniej.

wickeeeeeeeeeeeed!

a juz w ramach wisienki na torcie – bardzo wspominam milo ten album, poniewaz moja przyszla zona miala w podstawowce koszulke z ta okladka. wlasnie ta, a nie inna koszulka mi uswiadomila, ze jestesmy sobie przeznaczeni, Bejbe. chociaz jeszcze o tym nie wiesz, hehe.

(aaa, limitowana edycja ma bonusowo numery incubusa czy the urge. ale raczej nie ma sprawy)

 

najlepszy moment: WICKED (feat. Chino Moreno)

ocena: moge sieknac 10/10 ?

Leave a Reply