rageman.pl
Muzyka

Korn – Korn

rok wydania: 1994

wydawca: Immortal

 

KORN.

okej, wychowalem sie na tym zespole, fakt. a ze jestem bardzo sentymentalny ostatnio i zyczliwy (choc goraczka juz spadla), to dzis poleca komplementy w strone tego zespolu. coz, zly dotyk boli cale zycie (zreszta jonathan davis cos o tym wie, hieh). kto raz w okresie licealnym uslyszal „blinda” czy „got the life”, tez zostaje fanem tego zespolu na cale zycie. chocby nie wiadomo, jakie gowna wydawali. blogoslawieni ci, ktorym udalo sie wyrwac z tego nalogu.

a teraz powaznie: jak wiadomo. historia korna dzieli sie na dwa okresy (jak zreszta wiekszosci zespolow, dla przykladu metallica i weezer maja podobnie). czyli pierwsze plyty – przelomowe, prekursorskie, ocierajace sie o wybitnosc. no i „drugie” plyty – czyli zrownanie z epigonami, hajs-driven sound, lekka karykaturalnosc nawet. u wymienionej metalliki i weezera ta granica jest wyraznie wyznaczona, w przypadku korna tak prosto nie jest. ale o tym pozniej. i chociaz ostatniej plyty nie udalo mi sie przesluchac w calosci, „see you on the other side” przesluchalem moze z 2-3 razy, a na wszelkie inne nowinki z ich obozu mam troszke wyjebane, to jednak za to co dokonali u poczatkow swej kariery bede ich wielbil.

o genezie brzmienia Korna pisalem juz w ramach recenzji ichniejszego greatest hits, powtarzac sie nie bedziemy. dosc powiedziec, ze tutaj juz te wszystkie skladniki sa. ba, byc moze wlasnie na debiucie lsnia najjasniejszym blaskiem. blizsze nojsu niz metalowego shreddowania gitary. sekcja rytmiczna typu „hiphopowcy graja metal”. a moze odwrotnie? bulgoczacy, rozsadzajacy sprzet bass (naprawde, to nie przelewki – sluchanie tej plyty na domowym audiofilskim sprzecie raz skonczylo sie pretensjami sasiadow, na codzien raczej tolerancyjnych). no i TEN wokal. dzis juz raczej nie uznalbym go tak, jak 10 lat temu za najlepszy wokal metalu. ale wciaz uginaja mi sie kolana przed tym, co davis tutaj robi. nigdy pozniej nie udalo mu sie oddac takich emocji w glosie. a poza tym… fajna barwe ma, tak po prostu.

skoro wokal, to i teksty. czyli wciaz aspekt tak debiutu, jak i calej tworczosci korna, sprawiajacy najwiecej problemow. my point of view: malo ktory wykonawca badz co badz metalowy, jesli jakikolwiek, tak szczerze, tak przekonujaco, tak zwyczajnie udanie „opowiedzial” o swoich traumach z dziecinstwa. byc moze to swego rodzaju „spadek” po grandzowej fali, dzieki ktorym rockmeni zaczeli spiewac znow o rzeczach niefajnych. w sensie – problematycznych. no, wiecie o co chodzi. a trza przyznac, ze wnioskujac po tekstach davisa, to dotychczasowy zywot mial mocno przejebany. wyzywanie od pedalow. ciosy od szkolnych „kolegow”. dragi. no i last but not least – gwalt! w sensie, jako ofiara, nie wykonawca. coz, emonastolatki tez maja czasem nieliche problemy, bywa ze nawet niewyimaginowane. ale wydaje mi sie, ze davis mial ich hmmm *troche wiecej*. inna sprawa, ze nawet gdyby chodzilo o rozpacz z powodu oblanej klasowki – „wykon” tych piosenek naprawde Nie Pozwala  posadzic o koniunkturalizm. no ej, „Daddy”. „Helmet in the bush”. to NIE SA piosenki, ktore maja sie podobac. dzis sluchalem tej pierwszej piesni i poczulem sie przy jego koncowce zajebiscie nieswojo. ciezkie przezycie, rowniez dla sluchacza.

fakt niestety tez jest taki, ze same piosenki zauwaza sie dopiero za ktoryms razem, juz po przyswojeniu brzmienia i performensu wokalisty. no okej, „Blind”, wiadomo – kultowa sprawa. jedno z najcharakterystyczniejszych „wejsc” w gitarowej muzyce lat 90tych. „Ball tongue”, „Clown”, moj ulubiony „Divine” (ale ten numer ma drajw, no naprawde), „shoots and ladders” z kapitalnymi dudami – to dobre numery. ale np juz taki „predictable”, „fake” czy „lies” to niestety poziom licealnej kapeli spod koszalina. totalnie jalowe pomysly. i chyba tylko przez to, ze swego czasu zajechalem te kaset jakies 67788123776 razy sprawil, ze pamietam jakotako te piosenki.

pisalem ostatnio o groteskowo brzmiacym numetalu stainda, z emocjonalnym syczeniem, stekaniem, pierdzeniem i wszystkimi innymi sposobami na przekazanie rozpaczy wokalisty. dziwne, na debiucie korna jest to samo, a wciaz przekonuje. yep, to wciaz zajebisty debiut.

 

najlepszy moment: DIVINE

ocena: 8,5/10

Leave a Reply