rageman.pl
Muzyka

Korn – Untouchables

rok wydania: 2002

wydawca: Immortal

 

no dobra, skoro juz piszemy o kornie, to do konca. „untouchables” wyczerpuje temat tego zespolu na tym blogu. bo o kupie jaka jest „untitled” pisac nie zamierzam.

tym razem kazali czekac na swoj album az trzy lata. wielomilionowy budzet, slynny producent, niespotykane wczesniej brzmienie. i co? i nic. powinny sie panom z korna wizualizowac twarzyczki wszystkich biednych dzieci swiata, niczym te z okladki, ze spojrzeniem pytajacym „cozescie uczynili z tymi milionami dolarow? dlaczego je tak zmarnowaliscie?”.

okej, „here to stay” to mocne wejscie, przyznaje. calkiem niezly riff no i rzeczywiscie brzmi to poteznie. ale nie na tyle, by mozna bylo mowic o jakiejs rewolucji. overall, to jak dla mnie „follow the leader” mial o wiele lepsza produkcje. nie mowiac juz o tym, ze aranzacyjnie bylo o wiele ciekawiej.

no bo wlasnie. hiphopu juz nie ma w ogole (pojawia sie za to cos na ksztalt triphopu, pojmowanego przez metali oczywiscie). na pewno jest ciezej niz na „Issues”. ale zgodnie ze starym porzekadlem „jak nie urok to sraczka”, tak i tutaj zdarzyl sie kiks. bo owszem, w zwrotkach slychac ze cos tam przygrywa w tle. tyle ze… wszedzie przygrywa to samo tak wlasciwie. powaznie, za pierwszym przesluchem mialem wrazenie, ze ta kopia plyty jest pomylona, ze ktos co drugi indeks nagral „here to stay”. pewnie, maniakalni fani korna beda sie spierac. ale wezcie „here to stay”, „blame”, „bottled up inside” i szczerze powiedzcie, czy te riffy czyms specjalnym sie roznia. dla mnie – dramat. nie mowiac juz o totalnie schematycznym rozmieszczeniu tych utworow na plycie. czad-ballada-czad-ballada, i tak na zmiane. gdzie sie podziali ci szalency z „Life Is Peachy”? tutaj slysze kolesi ktorzy owszem, wciaz sa niezlymi instrumentalistami, znaja mnostwo muzycznych zabawek, ale zamiast wzbogacac nimi same melodie probuja zatuszowac fakt, ze tych pomyslow na piosenki najzwyczajniej brak. wlasciwie jesli chodzi o „czady”, to poza „here to stay” tylko „wake up hate” sie broni. a to dlatego, ze postanowili tu zagrac pod Ministry. a to szlachetna inspiracja.

okej, ale tez zeby nie bylo totalnej zjebki – spokojniejsze fragmenty momentami naprawde sa… spoko. w szczegolnosci dotyczy to „hollow life” i „no one’s there”. pewnie, wciaz uznac korna za wybitnych songwriterow. ale tutaj jeszcze sie przynajmniej starali. i w tych dwoch wypadkach mozna uznac, ze im wyszlo.

jak juz powiedzielismy, zly dotyk boli cale zycie i wciaz bede darzyl ten zespol i nawet takie plyty jak „Untouchables” sentymentem i sympatia wrecz (tym bardziej, ze to prezent od Bardzo Waznej Osoby, mhm). ale trudno nie zauwazyc, ze to kolejne wystawienie na coraz ciezsze proby. w pewnym momencie miarka sie przebrala.

 

najlepszy moment: WAKE UP HATE

ocena: 6,5/10

Leave a Reply