Coma – Pierwsze Wyjście Z Mroku
wydawca: BMG
kontynuujemy watek polskich rockowych mechagodzilli. mozna w tym kontekscie powiedziec, ze dzis pogadamy o nastepcach O.n.a.
wlasciwie to juz omawialem debiut Comy, jeszcze za czasow rejdzmen.blog.pl (ba, wlasciwie nawet jeszcze wczesniej – rageman.blog.pl). i chociaz niemal wszystkie recenzje z tamtego okresu przekleilem na rageman.blox.pl, to jakos o tej akurat plycie zapomnialem. ale moze i dobrze sie stalo. fakt jest taki, ze przez te 5 lat troche mi sie gusta pozmienialy i ocene Comy tez poddalem lekkiej rewizji (inna sprawa, ze ten zespol tez sie ciut zmienil na przestrzeni lat). jednak wielkiego dissowania tez nie bedzie – na takie potraktowanie zdecydowanie bardziej zasluguja „Zaprzepaszczone sily…” (wciaz jedna z [naj]gorszych plyt jakie slyszalem w zyciu i „Hipertofia” (choc gwoli sprawiedliwosci – pare momentow zdradza naprawde potencjal). jest tu pare fragmentow (a nawet calych piosenek) ktore da sie lubic, nawet juz nie na zasadzie guilty pleasures. a poza tym, no wiadomo – sentyment to ciezka rzecz do wyleczenia.
przede wszystkim „sto tysiecy jednakowych miast”. krotka pilka – bardzo ladny numer. klimat, fajny elektroniczny podklad pozbawiony rzemieslniczych riffow i autentycznie przejmujacy wokal roguckiego. a co byc moze najwazniejsze – tekst nie tylko nie przeszkadza jako calosc, ale i pare linijek naprawde do mnie trafia. no i… eeeee… no dobra, extremalnie mile wspomnienia wywoluje.
calosc otwiera numer od ktorego wlasciwie zaczela sie popularnosc comy. „leszek zukowski”. obecnie wstyd mi troche przyznawac sie do niegdysiejszego uznawania tego numeru za jakis totalny przelom w polskiej muzyce, Absolut itepe itepe. owszem, jest tu sporo groteski, proces budowania napiecia w tym utworze tez raczej kurewsko daleki od nazwania go genialnym. ALE… warto moim zdaniem na pare minut zaakceptowac ten dosc specyficzny „pomysl na sztuke” by dostrzec dwa elementy, ktorych bede bronil gola piersia i w ogole calym soba. primo: lini bassu jest ZAJEBISTA. ale nie: NAPRAWDE ZAJEBISTA. rzeklem. secundo: prowadzenie linii melodycznej przez roguckiego w zwrotkach ma jednak jakis tam urok. no i jeszcze refleksja, zwiazana z „leszkiem”, a takze koncertami Comy. stworzyc grafomanie zapewne potrafii kazdy (mniej bedzie chciala ja pokazac swiatu). stworzyc taka grafomanie, z ktora tyle ludzi bedzie sie identyfikowalo, bedzie chcialo ja wykrzykiwac z calych sil – to juz jest sztuka. byc moze nawet wyzsza. polecam, chocby na youtube, obejrzec jakiekolwiek wykonanie tego numeru na koncertach. studyjna coma mozna mieszac z blotem, ale tylko snob bedzie dyskredytowac umiejetnosci tego zespolu w nawiazywaniu kontaktu z publika.
skoro jest juz tak milo i slodko, to wyroznijmy jeszcze dwa fragmenty, potwierdzajace dwie prawdy o tym zespole (dobrze imho nim swiadczace, choc tu polemika jak najbardziej jest dopuszczalna). naprawde lubie spiew roguckiego w „sierpniu”, szczegolnie w refrenie. albo inaczej – lubie jego barwe glosu, widoczna szczegolnie w tych partiach. generalnie jesli chodzi o roguckiego-wokaliste, to widze to w ten sposob: barwa glosu – tak, mozliwosci – tak, interpretacja – niespecjalnie lamane przez WHATDAFUCK.
drugi frament to poczatek „Zbyszka”. czyli rzecz o tym, dlaczego muzycy comy moga uchodzic za calkiem sprawnych instrumentalistow. podkreslmy – nie mowimy o pomyslowci (choc, jak wspomnielismy, sa przeblyski), jeno o technice. a tutaj naprawde jestem na tak, szczegolnie jesli chodzi o pana basiste.
no i wlasciwie to tyle w miare ewidentych pozytywow. hipokryzja byloby z mej strony przyjebywanie sie o uprawiana przez nich stylistyke muzyczna. ba, rzeklbym nawet tak, ze niech juz lepiej babraja sie w tym mixie progrocka z post grandzem niz jakby mieli udawac indi rockowcow. ale trudno nie zauwazyc, ze sporo tu jalowego czadowania (choc w tej kwestii maxa osiagneli na kolejnej plycie), a i mogliby oszczedzic sobie momentami tak permanentnego zrzynania z alice in chains („ocalenie”, think: „rooster”) czy ratm (prz finale „nie wierze skurwysynom” mam mocne deja vu). moze to mialy byc trybuty czy tak zwane puszczanie oczka do sluchacza, ale ja tego nie kupuje. no i teksty roguckiego. nie znam sie, nie kupuje, momentami wrecz mnie brzydzi. sa momenty tylko balansujace na granicy dobrego smaku, ale wiekszosc przypadkow to jednak jej brutalne przekraczanie.
wiecie, jesli mialbym byc szczery to jesli mialbym wybierac miedzy o.n.a. czy coma, to postawilbym na tych drugich. ale stawianie przed takim wyborem to juz jest jakis poziom znecania sie nad irackimi wiezniami za pomoca ac/dc czy metalliki.
najlepszy moment: STO TYSIĘCY JEDNAKOWYCH MIAST
ocena: 6,5/10
