rageman.pl
Muzyka

Mission: Impossible II: Music from and Inspired by

rok wydania: 2000

wydawca: Hollywood

 

witajcie. na dzisiejszych zajeciach bedziemy kontynuowac posrednio watek Metalliki. a przy okazji wrocimy do dawno nie omawianych soundtrackow.

przyznam szczerze, ze zupelnie nie pamietam drugiej czesci „Mission: Impossible”, jeno tylko tyle, ze ogladalem go w jeszcze co swiezo otwartym Gemini w gdyni. cos tam wybuchlo (na filmie w sensie, nie w kinie), kogos zabili, tom cruise sie polansowal i tyle. film fajny do odciecia sie od swiata na jakies poltorej godziny i szybkiego zapomnienia o nim po opuszczeniu sali kinowej.

znacznie wiekszego szumu narobila sciezka dzwiekowa. w przypadku pierwszej czesci M:I wlasciwie zwrocono uwage tylko na temat glowny popelniony (a wlasciwie przerobiony) przez sekcje rytmiczna U2. malo kto sie zainteresowal cala plyta z numerami Bjork, Pulp czy Massive Attack. czyli wykonawcow bardzo zacnych, acz dla masowego odbiorcy amerykanskiego zupelnie niezrozumialych. zreszta, pierwsza czesc M:I, nakrecona przez De Palme, tez byla w duchu bardziej europejska. przy drugiej czesci serii cruise i ekipa poszla na komercyjna calosc. za kamera postawiono fachowca od filmow typu „zabili go i uciekl” – johna woo. na sciezke dzwiekowa zas wpakowano to co najmodniejsze bylo w rocku na przelomie wiekow. tak, wiecie o jakim gatunku mowa.

jak juz wspominalismy, przy ocenie soundtracku, poza sama wartoscia muzyki, ktora jest i tak kwestia subiektywna, wazna jest takze „premierowosc” materialu. a pod tym wzgledem to naprawde jest tu calkiem zajebiscie. same nowosci, z ktorych sporo wyladowalo na singlach.

historycy rocka w zwiazku z tym albumem pamietaja przede wszystkim Bitwe O Motyw Przewodni. pokoleniowe starcie miedzy oldskulem a nowa szkola. Metallica kontra Limp Bizkit. wiadomo ze cala wojne wygrala Metallica – o numetalu malo kto ma odwage nawet mowic, nie mowiac do przyznawania sie do sympatii dla tego zespolu. ale sama walke wygral LB. przynajmniej na pierwszy rzut oka. to ich „Take A Look Around” opatrzono mianem tematu glownego, na dodatek skubancy wykorzystali numer by podciagnac sprzedaz cienkiego jak tylek weza „Chocolate starfish…”, track by zdobyc track Mety trzeba nabyc ten soundtrack. natomiast jesli  chodzi o artystyczny aspekt, ktory i tak jest ultrawzgledny… okej, w miare sympatyczny ten numer LB, pare imprez sie przy nim wytanczylo, fajna gitarka prowadzaca i pomyslowo wpleciony motyw muzyczny z „M:I”. ale to „I disappear” jest tu moim faworytem. ba, rzeklbym nawet, ze to jeden z najlepszych, jesli nie najlepszy, numer Metalliki od czasu Czarnego Albumu (konkurencja niewielka, ale jednak). wkrecajaca sie w glowe zagrywka gitarowa osadzona na swietnym groovie, a przede wszystkim cudny, zaskakujaco wyciszony refren. naprawde uwielbiam. aha, zajebisty tez klip.

a to dopiero poczatek smakolykow. bo oto atakuje niegdysiejszy lider White Zombie, czyli pan Rob, tez Zombie. problem z tym typem jest taki, ze od wielu lat wlasciwie walkuje ten sam numer. takie jednoosobowe ac/dc industrialnego rocka. a jednak w pojedynczej dawce rozjebuje totalnie. nie inaczej jest ze „Scum Of The Earth”. temat gitar w krainie elektroniki kontynuuja psychopaci z Butthole Surfers. ich obecnosc tutaj raczej tlumaczylbym epizodycznym flirtem z mainstreamem (czytaj: deal z majorsem) niz obeznaniem muzycznym producenta soundtracka, narzekac jednak byloby idiotyzmem. bo „They Came In” reprezentuje dokladnie to, za co mozna uwielbiac ten zespol. jest swietnie.

z dalsza czescia albumu bywa roznie. sporo tu numetalowych badz postgrungeowych wynalazkow, slusznie dzis zapomnianych (apartment 26, diffuser, buckcherry, tinfied, the pimps – choc ci ostatni jeszcze jakos w miare daja sie zapamietac). godsmack nie nazwalbym sezonowa sensacja, jednak nigdy nie bylem specjalnym fanem tej kapeli i „Going Down” tez raczej mnie do nich nie przekonuje. ciut zmodyfikowana wersja „Mission” (tu jako „Mission 2000”) z solowego debiutu Chrisa Cornella zbliza sie klimatem dziwnym trafem do dokonan Soundgarden. to dobrze. zle, ze tego porownania nie wytrzymuje, choc dramatu tez nie ma. natomiast protegowany kid rocka o xywie uncle kracker (mentor wspiera go w sferze produkcji) to jakas pomylka, ktorej nie chce mi sie omawiac dalej.

wiec przechodzimy do byc moze najkontrowersyjniejszego fragmentu tutaj. foo fighters biora sie za pink floyd. spokojnie, nie chodzi o barrettowe odloty, a rockerke „have a cigar”. coz, dave grohl wydaje sie przesympatycznym gosciem, a w jego post nirvanowej dyskografii mozna znalezc pare naprawde kapitalnie napisanych numerow. niemniej wydaje mi sie, ze jego songwriterskie podejscie moznaby wyglada cos na zasadzie „dajemy najpierw rockowego czadu, a melodie i jakikolwiek sens sie najwyzej pozniej dorzuci”. i do tego coveru chyba podobnie podszedl, przez co wyparowala gdzies cala przesmiewczosc i magia oryginalu. okej, zostal Czad, ktorego wciaz slucha sie dobrze (zwlaszcza za sprawa solowki gitarowej Briana May’a), ale jednak szkoda.

i o ile 14 pierwszych trackow (troche sporo, trza przyznac) wydaja sie w miare sensowna caloscia (nawet jesli wspolnym, malo wyszukanym mianownikiem jest obecnosc gitar), tak z koncowki albumu robi sie lekki groch z kapusta. no bo jaki sens zestawiac z grunge/numetalowcami kameralna tori amos, filmowca hansa zimmera i world musicowa Zap Mame? inna sprawa, ze tori amos przerabiajaca evergreen bossa novy „Carnival” to jeden z najlepszych fragmentow calosci.

gdyby nie pare pierwszych numerow to bylby tylko gadzet dla fanatykow rocka, a w szczegolnosci jego numetalowej odmiany. no bo chyba nie dla wielbicieli filmu, z ktorym album nie ma nic wspolnego poza tytulem i okladka. no ale wlasnie – zwazywszy na to, ze takie soundtracki-skladanki to przewaznie wizytowka wydawcy, przepelnione odrzutami z sesji zespolow z katalogu wytworni, to z „M:I 2 OST” nie jest tak zle. generalnie jest jak z samym filmem – glosno, wybuchowo, efektownie. i tylko w wiekszosci przypadkow srednio zapamietywalnie.

 

najlepszy moment: METALLICA – I DISAPPEAR

ocena: 6,5/10

Leave a Reply