Ship Of Fools
wydawca: Sonic
jestem psychopata, skoro omawiam takie plyty sprzed lat, ktorych ani dostac nie mozna, ani tez specjalnie juz nikogo nie obchodza. ale ja po prostu zwyczajnie uwielbiam pisac o muzyce i tak jak Scaruffi postanowilem, ze opisze wszystkie plyty swiata, hehehe.
wiec opisze teraz tez album, ktory nie wiem jakim cudem trafil do mych zbiorow, ale wcale mu tego za zle nie mam. a wrecz przeciwnie. bo to calkiem przyjemna kompilacja. powazniejszych wyrokow wydawac nie bede, bo zupelnie nie orientuje sie w nurcie tego typu skladanek. jakos dotychczas w swych muzycznych wojazach nie zwracalem baczniejszej uwagi na to, co dzieje sie w seriach typu Cafe Del Mar. nie pojawia sie zreszta ta nazwa przypadkowo – „Ship Of Fools” ma podobny target. nie powiem ze muzyka jest podobna – tutaj wiekszosc wykonawcow to scisle lounge’owi, chilloutowi wykonawcy (o ile pamietam, to na CDM bywalo bardziej roznorodnie, nawet jakis Paco De Lucia czy U2 w remixie sie trafiali). ale chodzi mniej wiecej o to samo – by bylo odprezajaco, milo, ale tez – z drugiej strony – nieprzesadnie kiczowato i slodko, coby sie do smooth jazzu nie zblizyc.
wszystkie 14 numerow trzyma naprawde niezly poziom (no, poza jednym, ale o tym za chwile), ale wyroznimy pare momentow. nina simone to niby zupelnie inna bajka, bo reszta to raczej swieze produkcje stworzone przez relatywnie mlodych muzykantow, ale jej podejscie do „Feelin’ Good” (w remixie Joe Claussella) wpasowuje sie tu bezproblemowo. Yonderboi w „Riders On The Storm / Pink Solidism” wlasciwie tylko posilkuje sie samplem z klasyka The Doors, ale robi to w przesympatyczny sposob. Erica Jennings znajduje sie w tym akapicie wlasciwie bardziej z wizualnych wzgledow, ale „Pleasure” zdecydowanie daje rade.
sa tez i polskie akcenty. z kims kojarzy wam sie ta podobizna na tej niewyraznej reprodukcji okladki? tak, to (podrasowana „ciut” przez grafika) sama Kasia Figura, ktora umiescila tutaj byc moze swe jedyne w karierze dokonanie muzyczne – piosenke „Ciemne Serce”. i niestety, jest jeszcze gorzej niz moglby wskazywac tytul. ja naprawde bardzo lubie pania Kasie, „co ja sobie za to kupie? waciki?!?” – wiadomix, a poza tym znaczacy wplyw na me znajdujace sie w glebokich powijakach zycie erotyczne, hm. anyway – zasluzona to postac (nie no, naprawde bez beki – slyszalem ze rola w „Zurku” mega bossowska). ale swa proba wejscia w swiat muzyki zaszkodzila nie tyle swej karierze (bo chyba malo kto zwrocil uwage na ten album), co poziomowi tego wydawnictwa. a przechodzac do konkretow – wyobrazcie sobie interpretacje wokalna, bedaca surrealistycznym polaczeniem estetyki Festiwalu Piosenki Aktorskiej i erotycznej tele-linii (jesli chodzilo o klimat „je t’aime… moi non plus” to sorry, ale nie wyszlo tak bardzo, jak to tylko mozliwe) na podkladzie ewokujacym najstraszniejsze new age’owe odpryski. brzmi zle? a jest jeszcze gorzej. na luzaku miejsce na podium Najobrzydliwszych Numerow Jakie W Zyciu Slyszalem.
na szczescie pozostali reprezentanci ojczyzny naszej wypadaja na tyle dobrze, ze rownowaza jakos dramat z poprzedniego akapitu. Oczi Cziorne, ale przede wszystkim Futro. polece skrajnie patriotycznie i uznam „Rainy Lust” za najlepszy fragment calosci. az przypomnialo mi sie, jak zajebiscie milym w odsluchu byl ten zespol. niby Novika solowo jakos wielce daleko nie odbiegla od futrzanego style, ale reaktywacja tego skladu bylaby mila rzecza w sumie.
album nawet jesli nie dostarczajacy jakis wielkich wrazen, to perfekcyjny dla takich leniwych niedziel jak dzisiejsza (zwlaszcza jesli spowita jarzmem kaca, heh). zadnego sloganu o sluchaniu przy ukochanej personie z winem i w otoczeniu swiec nie bedzie – naprawde nie macie co robic w takich sytuacjach?
najlepszy moment: FUTRO – RAINY LUST
ocena: 7/10
