Dżem – Być Albo Mieć
wydawca: Box Music
przemysl fonograficzny w okresie PRLu to byl jeden wielki burdel, ktorego poklosie w sumie do dzis jest odczuwalne. nigdy nie bylo wiadomo, czy dane wydawnictwo nalezy do oficjalnej pozycji w dyskografii wykonawcy czy nie, nie mowiac juz o tym, czy dane nagrania zostaly wydane za zgoda zespolu. w przypadku takiego zespolu jak Dzem, ktory lubial „rozmemlac” swa dyskografie roznymi albumami koncertowymi, skladankowymi itepe itede sprawa jest jeszcze trudniejsza. nie zmienilo sie to rowniez w latach 90tych i pozniejszym. ba, wrecz proceder jeszcze bardziej sie rozkrecil. jakos chyba zespol sie pogubil po smierci Riedla… w efekcie czego wydany w roku milenijnym „Byc albo miec” jest de facto dopiero drugim studyjnym albumem po smierci kultowego juz lidera. i ostatnim jednoczesnie nagranym z jego nastepca, Jackiem Dewodzkim.
zostanie album ten zapamietany przede wszystkim jako album ostro przekombinowany. oczywiscie nie ma nic zlego w odswiezeniu praktykowanej przez dwie dekady formuly, wrecz przeciwnie. rzecz w tym, ze nie wszystkie eksperymenty wyszly tu na dobre.
zacznijmy od najpozytywniejszego elementu: sekcja deta. wspominalismy wczoraj o silnie odczuwalnym w Dzemie sznycie regalowym. w polaczeniu z deciakami daje to juz taki wypisz-wymaluj Akurat. czy moze bardziej nawet nasz lokalny Majestic (pozdrawiamy!), bo jednak ska tu niewiele. i sa to chyba najbardziej przebojowe fragmenty (mowie glownie o piosence tytulowej i „Chociaz raz, jeden raz”) na tej w sumie mocno piosenkowej plycie. no wlasnie – jeszcze nigdy Dzem nie brzmial tak optymistycznie. nie aby wczesniejsza tworczosc to byl mrok i depresja. ale wspomniane wyzej pop-reaggae kawalki czy funkowo (!), moze nawet latynosko (!!) brzmiacy „Za plecami” nijak by pasowaly na ktorymkolwiek albumie z Ryskiem na wokalu. ale to tez mila odmiana. choc na pewno nie rusza to serducha jak klasyi sprzed lat.
a teraz o ewidentnie poronionym pomysle. okej, Rolling Stonesi, ktorzy na pewno znajduja sie wsrod inspiracji Dzemu, tez mieli zenskie chorki. ale i tak uwazam, ze do rockowego grania w 95% przypadkach pasuja jak piesc do nosa. nie inaczej jest na „Byc albo miec”. w przypadku mniej typowych dla Dzemu kawalkow jakos to przejdzie, ale juz w „Kruka glosie” czy „Geronimo” wychodzi czysta groteska. choc akurat pierwszy z nich to calkiem OK kawalek, z zagrywka gitarowa jakby zerznieta z „Layla”.
skoro juz o Claptonie mowa – jesli juz natkniemy sie na tradycyjniejszego Dzema, to silnie traci on wlasnie klimatem spokojniejszego oblicza niegdysiejszego lidera Cream – vide „Niebo na wyciagniecie reki”. sa tez tu dwa Dzemy w wersji ogniskowej – „Chce ci cos powiedziec” i „Ukryj mnie” – oraz Dzem bluesujacy w postaci zamykajacego stawke „Na swoim brzegu”. szkoda ze to jednak blade raczej echo starych dokonan w tych tematach. chociaz to wlasciwie jest problem z cala dyskografia post-riedlowa, w ktorej nie ma ani jednego numeru na miare „Lunatykow”, „Listu do M.” czy nawet „Cegły”… na dodatek na tej plycie panowie instrumentalisci postawili na, nazwijmy to, mega skromnosc. czy Pawel Berger w ogole bral udzial w sesji nagraniowej?
ale nie zaledwie sympatyczne w wiekszosci przypadkow piosenki sa najwiekszym problemem tej plyty. latwo da sie go opisac: Jacek Dewodzki ? Ryszard Riedel. gowniarskie jest oskarzanie wykonawcow o sprzedanie sie. rozumiem, ze to duze chlopaki, dla ktorych to jest jedyne zrodlo dochodu. a na pewno pod nazwa „Dzem” jest ono solidniejsze niz jakby mieli startowac od nowa, z nowa marka i nowymi piosenkami. ale na palcach jednej reki da sie policzyc zespoly, w ktorym udalo sie komus zastapic mega charyzmatycznego lidera. i nic nie pomoze mega wielki talent, jak w przypadku Paula Rodgersa i Queen czy Ian Astbury i The Doors. niestety, Dewodzki raczej z tymi panami rownac sie nie moze. zadna jego interpretacja wokalna na wyzyny sie tutaj nie wzbija (no, refren „Ukryj mnie” ma cos w sobie). inna sprawa, ze tez niespecjalnie ma co interpretowac, bo jego teksty tez do poezji najwyzszych lotow nie naleza. ale z drugiej strony trza mu przyznac, ze ma swoj styl. co warto odnotowac w kontekscie jego nastepcy Macieja Balcara. jakis dluzszy czas temu widzialem fragment koncertu Dzemu w TV i uznalem, ze chlopak polegl. porzucil wlasny styl na rzecz nasladownictwa Riedla, ku uciesze wszystkich tych, dla ktorych Riedel byl najlepszym i jedynym slusznym wokalem Dzemu (czyli de facto mowimy o kazdym, kto kojarzy nazwe Dzem). dlatego plus dla Dewodzkiego za odwage.
(watek dla gadzeciarzy: CD zawiera flashowy dodatek multimedialny z tekstami z plyty, krotkim bio, paroma fotami, linkiem do niedzialajacej juz strony netowej zespolu i klip do tracka tytulowego. koncert z przebitkami fabuly i dewodzki wygladajacy bardziej jak wokalista numetalowej zalogi, heh. jestem konsumentem, lubie takie multimedialne bajery, dlatego od teraz zawsze bede takie drobiazgi odnotowywal)
najlepszy moment: CHOCIAŻ RAZ, JEDEN RAZ
ocena: 6,5/10
