rageman.pl
Muzyka

Dżem – Lunatycy – Czyli Tzw. Przeboje Całkiem Live

rok wydania: 1988 (reedycja: 1997)

wydawca: Box Music

 

okej, czas wyluzowac po tych hardkorach.

powracamy do Dzemu z Ryskiem Riedlem. czyli wlasciwie tym jedynym slusznym. czwarta plyta, a juz druga live. znamy to?

znamy. porownywalismy Dzem do Allman Brothers Band i w tym wydawniczym przypadku skojarzenie nasuwa sie takie same. niestety, „At Filmore East” to zbyt wysokie progi. ale trudno by bylo inaczej – w koncu mowimy o jednym z najgenialniejszych rockowych koncertowek.

a „Lunatycy” to „tylko” bardzo porzadna rzecz. przede wszystkim pod wzgledem instrumentalnym. przy okazji „Detoxu” mocno chwalilem Rycha, uznajac go za najwazniejszy element tego instrumentalno-wokalnego przetworu muzycznego. zdania nie zmieniam, ale „Lunatycy” potwierdzja, ze pozostalej piatki muzykow pomijac nie nalezy, nie mowiac o dyskredytowaniu. slychac ze scena to ich srodowisko naturalne, w ktorym wypadaja najlepiej. wezmy koncowke „Nieudanego skoku” – ten dialog gitarowy miedzy Otreba a Styczynskim to naprawde piekna, przepelniona pasja grania puenta, a nie prozna popisowka niedocenionych wobec popularnosci Riedla muzykow. warto tez wspomniec o owczesnym („Lunatycy” to jego debiut w Dziemie) perkusiscie zespolu, znanym wczesniej z TSA Marku Kaplonie. chlopak cudnie wkomponowal sie w to towarzystwo. rozimprowizowane, ale przede wszystkim wszechstronne. material wyraznie dzieli sie na dwie, rozniace sie klimatem polowki. pierwsze cztery numery, z cudnym „Wokol sami lunatycy” na czele, wlasciwie stanowia koronny dowod w sprawie, kto jest wspolwinnym gatunku zwanego „polskim reggae”. porownajcie sobie te nuty z tym, co ostatnio uprawia Indios Bravos. juz jednak „Dzien, w ktorym peklo niebo” zapowiada druga, bardziej rokendrolowa i chyba jednak wywolujaca wieksze wrazenie polowe. o „Nieudanym skoku” wspominalismy. „Skazany na bluesa” to, jak mozna sie domyslic po tytule, kawal porzadnego, melancholijnego dzwieku z korzeniami w delcie missisipi (ah, ta harmonijka ustna). no i „Jesiony”, gdzie z jednej strony mamy riff niemal zerzniety ze „Smoke On The Water”, a z drugiej odlotowy brejk, ktorego nie powstydzilby sie The Doors. a z Rycha to nagle sie robi morrison jakby.

no ale wlasnie. problemy z tym wydawnictwem sa dwa (no, dwa i pol). primo: sam Rysiek. ponoc gardlo mu tego wieczora niedomagalo. i to niestety slychac. wiekszosc czasu srednio mozna skumac, o czym w ogole spiewa. ale kurcze, rowniez i tutaj slychac jak przepoteznie magnetyzujaca postacia byl. nie wiem, moze wlasnie dzieki temu choremu gardlu ta jego interpretacja wokalna jest prawdziwsza jakas? nic natomiast nie tlumaczy tego, dlaczego prawie w ogole nie slychac tu atmosfery koncertowej. cos tam jakies pojekiwania slychac (koles wydzierajacy sie „Skazany na bluusaaaaaa” i otrzymujacy ten numer w prezencie – skad my to znamy znow?), ale jakies to anemiczne, bez wyrazu. no, nie przekonuje po prostu.

a ta polowka w rachunku problemow? coz, nie wszystkie te numery przekonuja, zwlaszcza te premierowe. ale to w sumie juz tylko i wylacznie moj problem. ale i tak slucha sie calosci przesympatycznie.

 

najlepszy moment: WOKÓŁ SAMI LUNATYCY

ocena: 7,5/10