rageman.pl
Muzyka

Godsmack – Godsmack

rok wydania: 1998

wydawca: Republic

 

okej, wrocmy do tematu tzw nowoczesnego metalu. dzis rozkminimy zjawisko zwane Godsmackiem.

zazwyczaj jest tak, ze fani danej kapeli nie chca przyznac, ze ich ulubiency graja nu metal. uwazaja ze ich zespol jest ponad to, ze nie moga grac nu metalu, bo nu metal to gowno, a zespol X gownem nie jest. wspominalismy zreszta o tym fenomenie przy okazji deftones’ow. fanem godsmacka nie jestem, ale rzeczywiscie typowego nu metalu to oni nie graja. no, przynajmniej nie sa AZ TAK karykaturalni, jak potrafi byc muzyka numetalowych zalog. choc estetycznie to wpasowali sie w to sfreakowale towarzystwo – wokalista bedacy meska odmiana czarownicy czy cos takiego, sztama z fredem durstem, dragi, rokendrol, wiadomix. dzis jednak, kiedy termin „nu metalu” to echo dalekiej przeszlosci, stawia sie godsmacka obok disturbed jako reprezentantow nowego pokolenia hard rocka. mhm, hard rock, no fajnie fajnie…

niech sobie wiec kto chce okresla Godsmacka nowa sila hard rocka, „I don’t give a fuck”. jednak mam nadzieje, ze Ci ktorzy okreslali ten zespol mianem „nastepcow Alice In Chains” szczezna w piekle. bo nie ma najmniejszego problemu z okresleniem stylu jaki uprawia Godsmack. wystarczy zreszta posluchac pana wokalisty – Sully Erny. jestem pewien, ze facet tymi swoimi czarodziejskimi sztuczkami przywlaszczyl sobie wokal swietej pamieci Layne staley’a i Jamesa Hetfielda  (koles nie ma alibi – zaczynal kariere wokalisty wlasnie wtedy, kiedy lider Metalliki zaczal cieniowac przed mikrofonem). okej, powiecie ze barwy glosu sie nie wybiera. ale interpretacje, frazowanie – troche juz tak. wezcie poczatek „Get Up, Get Out!”-  toc to szczyt bezczelnosci, layne sie w grobie przewraca. no i jeszcze ta nazwa, logo zreszta tez… jesli zalezalo im na chocby odrobinie szacunku krytykow i branzy muzycznej, to strzelili sobie w kolano juz na starcie kariery.

tym bardziej, ze wyzej wymienione porownania mozna odniesc takze do muzyki. i dorzucic doswiadczenia alternatywnego metalu (by juz nie uzywac po raz enty terminu „nu”) lat 90tych. okej, chwali sie, ze w grze gitarrzysty slychac fachure, a w kontekscie owczesnego nowego metalu odswiezajaco brzmi obecnosc solowek (a ze nie jestem fanem takowych, to cieszy ze nie ma ich w nadmiarze). zreszta cala kapela grac potrafi i wiochy na koncertach pod tym wzgledem zapewne nie robi (co dzisiaj, w dobie „indie” wynalazkow tez takie oczywiste nie jest). no i milo, ze jakos probuja urozmaicic ten swoj tribjut dla AIC i Mety – „Immune” ma milutka, funkmetalowa kaczke-gitarke, „Time Bomb” podbite jest elektronika, „Someone In London” to stylowa miniaturka instrumentalna, tu i owdzie paletaja sie sample filmowe… no i jest jeszcze zamykajacy stawke „Voodoo”. najbardziej wyrozniajacy sie fragment calosci, tak brzmieniowo, jak i jakosciowo. przez nagminna obecnosc w orbitalach wszelakich i specyfice tanca do tegoz utworu („zrywamy jabluszka!”) mogl on nie tylko sie przejesc, co wrecz zbrzydnac, ale to wciaz kawal fajnej nuty. plemienne bebenki, sznyt gitarowy i wokal, w kontekscie takich dzwiekow dajacy nowa jakosc.

no i wlasnie – pomimo tych wszystkich zarzutow (w ktorych zreszta odosobniony pewnie nie jestem) ciezko mi zjebac ten album. bo to sympatyczne numery. jak na ten gatunek muzyki. w ktorym chodzi glownie o to, by glowka pomachac, przestery mile polaskotaly w narzady sluchu i generalnie by byl Czad. a jesli dostajemy bonusowo melodie ktore moze szczytem wyrafinowania nie sa, ale przynajmniej nie obrazaja naszej inteligencji – to tym lepiej. a takich tu paro sie uzbieralo. poza wspomnianym „Voodoo” mamy np „Whatever” – gitarowy strzal w podbrzusze, bez owijania w bawelne. „Keep Away” – tu alicja brzeczy lancuchami z uporem maniaka, ale riff naprawde przykuwa uwage, nie klujaca w uszy hardrockerka. „Moon Baby”, byc moze obok „Voodoo” numer najbardziej wystajacy ponad rockowe rzemieslnictwo. a najdziwniejsze w tym wszystkim jest to, ze pomimo tych oczywistych inspiracji calosc jawi sie jako… stylowa. byc moze dziala to w mysl zasady „na bezrybiu i rak ryba”, ale naprawde w porownaniu z jakimis taprootami, crazy townami i tym podobnymi wynalazkami godsmack ma jakiestam swoje brzmienie. z drugiej strony – na tej samej zasadzie moznaby komplementowac Slipknota, a chyba nie tedy droga…

ale siodemeczka to dobra ocena dla takich plyt. bez wiekszych komplikacji zaspokaja zapotzrebowanie na tak zwane rockowe lojenie, ktore u kazdego kto polubil za mlodu dzwiek przesterowanej gitary pojawia sie od czasu do czasu. a dzwiekowej strawy dla szarych komorek szukamy gdzie indziej.

 

najlepszy moment: VOODOO

ocena: 7/10

Leave a Reply