Kury – P.O.L.O.V.I.R.U.S.
rok wydania: 1998
wydawca: Biodro
mowimy o klasykach, czas wspomniec wreszcie o polskim klasyku. Ryszard Tymon Tymanski, jedna z najwazniejszych postaci polskiej muzyki.
zabrzmi to gejowsko, ale nic na to nie poradze – uwielbiam tego faceta. prywatnie bylo dosyc malo tych kontaktow, wiec ciezko mi sie ustosunkowac do niego jako czlowieka, ale jego kreacje medialna i artystyczna szczerze, stuprocentowo ubostwiam. tez np za bycie ostatnim prawdziwym alternatywniarz w tym kraju – nigdy nie musial dawac dupala do „Idola” czy zakladac projektu pobocznego nastawionego na hajs. wystarczy tworzyc muzyke do teatrow czy robic show w ramach promocji dobrego w „Łossskocie”. no wlasnie, promocja – Biodro, Scianka, Pogodno. wystarczy? dolozmy jeszcze dzialalnosc na polu teksciarstwa, bedaca absolutnym bossostwem i scisla czolowka w tym kraju obok Jarka Janiszewskiego i Kazika sprzed lat. no i mamy z grubsza zarysowany portret psychologiczny pana Tymona.
a, no i jeszcze muzyka przeciez. i tu pojawia sie dylemat. sam Tymon, mozna odniesc wrazenie takie, chcialby byc ceniony glownie za rzeczy tworzone „na powaznie”. oczywiscie, yassowe jazdy to gruba sprawa, zreszta to wspoltworca tego gatunku. jesli chodzi o tzw gitarowa alternatywe w Polsce, to persone Tymanskiego tez mozna uznac za jednego z ojcow i mentorow. no ale co zrobic, ze nie umiem uznac za jego artystyczne opus magnum innego albumu niz przesmiewczego „P.O.L.O.V.I.R.U.S.”a?
okej, gdybysmy mieli oceniac wartosc samej muzyki pod katem „doznawalnosci”, wyrafinowania i generalnie wszystkich pozostalych powaznych kryteriow, to trzeba byloby sobie odpuscic najwyzsze noty. ale tu nie o to chodzi. nawolujac do Franka Zappy (wiem, pojade po bandzie, ale… by ominac dyskredytujacego okreslenia „polski Ktos tam”, powiedzmy ze Zappa to amerykanski Tymanski): czy humor przystoi Muzyce? wielu nie chce uznawac komedii za wyzsza forme Sztuki, co dopiero albumy bedace jednym wielkim pastiszem. ale jesli powiemy, ze „Polovirus” jest Najsmieszniejszym Albumem Powstalym W Polsce, a nawet – a co tam – Jednym Z Najsmieszniejszych Albumow W Historii Muzyki W Ogole, to sprawa juz robi sie powazna. a naprawde, tak jest. mowimy tu o dowcipie na poziomie Monty Pythona. czyli najwyzszym.
dowcip ma jednak to do siebie, ze jego, hm, moc nie jest wieczna. czasem przestaje smieszyc juz po pierwszym opowiedzeniu, zwlaszcza jesli nie ma w nim jakiegos drugiego dna, przewrotnosci. Tymonowi udalo sie tego uniknac w stu procentach. dlatego „Polovirusa” mozna sluchac zawsze i wszedzie, czego nie da sie powiedziec o dokonaniach Big Cyca, Kabanosa czy Piersi.
zreszta, rozpatrzmy rzecz na dwoch plaszczyznach. najpierw – stricte muzycznej, bo tu sprawa jest znacznie prostsza. bo po prostu NIE MA mozliwosci, by tacy muzycy jak Tymanski, Mozszer, Deriglasoff, Olter, Pawlak, Mazzoll, Gwincinski czy Nawrocki (by wymienic kilku) podpisali sie pod muzyka jednoznacznie debilna, zla sama w sobie. i jest tu od groma momentow potwierdzajacych slusznosc tej tezy – jazzujaca wstawka na pianinie w „Smierdzi mi z ust”, kraftwerkowy poczatek (zreszta pozniej tez nie jest tak jednoznacznie discopolowo) w najslynniejszej „Jesienna deprecha” (jak sie odmienia ten drugi wyraz?), cala druga czesc w „Nie Martw sie, Janusz” i chyba najblizszy „powazce” „Lemur”. okej, to sa niby tylko fragmenty, ktore sasiaduja na dodatek z wybitnie prostackimi rozwiazaniami brzmieniowymi czy aranzacyjnymi. ale te drugie podane sa w tak karykaturalny sposob, ze nie ma mozliwosci by potraktowac je chocby na sekunde powaznie. zreszta, nawet jakby ktos uznal ze np w „Trygławie” panowie postanowili dac czadu, to jesli ogarnie calosc albumu to zauwazy, ze za duzo tu gatunkowego misz maszu, by w jakikolwiek sposob wyroznic akurat ten fragment. no bo jak po metalowej piosence moze nastapic reggae w „Nie Mam Jaj”, country w „Moj pies”, jazz w „Moim dzezie”, a wczesniej np hardcore hiphopowy „kibolski” czy kaczmarski-style „Idealy Sierpnia”? musielibysmy mowic albo o zespole totalnie niezdecydowanym co chce grac albo o bandzie wariatow jadacym po kazdym gatunku jaki skazil polska scene muzyczna. no, pytanie retoryczne.
no i teksty. tu jeszcze mniejszy sens ma tlumaczenie czegokolwiek. jesli kazdy bardziej rozeznany w muzyce wie, czym „Polovirus” dzwiekowo stoi, tak teksty to juz jazda obowiazkowa. nie ma chyba drugiej plyty, ktorej teksty moglbym wyrecytowac nawet obudzony o trzeciej w nocy. przeciez te teksty wlazly do mowy potocznej, przynajmniej wsrod ludzi ktorych znam. „moze jestem nienormalny, za krotko bylem w wojsku”. „badz patriota, zmyslnie produkujac miod”. „jaja to zdwojone ja”. „to nieznosne uczucie upodlenia, jutro kupie sobie sztuczny czarny penis”. „a krytyk wlasnie zesral sie”. „czy kumasz kestowicza?”. „czy wciagasz serial Dom?” czy mam wymieniac dalej? nawet jesli wywolywanie smiechu nie jest tak teoretycznie powaznym celem dla teksciarza jak wywolywanie wzruzenia chociazby, to dla mnie i tak Tymon na tej plycie osiagnal Absolut.
nie wiem czy jakikolwiek numer da sie wyroznic. dzis Tymon z Transistorsami wykonuje np „Szatana” czy „Nie mam jaj”. to dobry wybor. ten pierwszy, z tytulowym zaspiewem w refrenie, po wsze czasy pozostanie najlepsza parodia rockerki lamanej metalem. a ten drugi, bedac dla odmiany najlepsza pariodia stylu reggae, pozostaje tez jednym z najlepszych numerow w polskiej odnodze tego gatunku (tak, wiem, wychodzi ze mnie znow antypatia do reggae). powiedzmy wiec, ze jedyna opcja to subiektywny wybor wlasnego faworyta. na dzien dzisiejszy bedzie to wiec…
(aha, bedzie jednak zarzut, choc nie do muzyki co samej reedycji. pozbawienie tego kultowego wydawnictwa rownie kultowej ksiazeczki uwazam za profanacje. szkoda troche)
najlepszy moment: ŚMIERDZI MI Z UST
ocena: 9,5/10