Sepultura – Blood-Rooted
rok wydania: 1997
wydawca: Roadrunner
czasem mozna uslyszec takie twierdzenie, ze twoj zespol (tudziez ty sam) jest tyle wart, co twoje b-side’y. idac tym tropem mozna stwierdzic, ze na wysokosci „Roots” to byla prawdziwa awangarda metalu. co zbytnio nie bedzie odbiegalo od prawdy. rzadzili chlopaki wtedy i tyle. szkoda ze album koniec koncow okazal sie jednoczesnie labedzim spiewem. no, jesli mowa oczywiscie o Sepulturze z Maxem na pokladzie. na otarcie lez w zwiazku z jego odejsciem z brazylisjkiego ansamblu dostalismy „Blood Rooted”. na ktory nie tylko ze wzgledow historycznych trza zwrocic uwage.
zero porzadku, ni to chronologicznego, ni tematycznego. wiec sami sobie uporzadkujmy te 18 numerow. zaczynamy:
a) wersje demo. tu sprawa wydaje sie prosta. dwa tracki z „Roots” – „Dusted” i „Roots Bloody Roots” i trudno mowic o wersjach specjalnie odbiegajacych od tego, co znamy z albumu wlasciwego. no poza tym, ze brzmi to gorzej, rzecz jasna. choc w tym drugim wydaje sie, jakby byly ciut inne slowa wyspie… wykrzykiwane.
b) wersje live. blogoslawieni ci, ktorzy mieli okazje zobaczyc Sepulture tych czasow. wersja zespolu z Derrickiem na wokalu daje rade, o czym moge osobiscie poswiadczyc, ale z Maxem to musiala byc zupelnie inna jazda… co slychac. 7 numerow, poza medleyem klasykow „Beneath The Remains/Escape To The Void” dominuje repertuar z „Chaos AD”. z arcykapitalnym „Refuse/Resist” na otwarcie. choc instrumentalny „Kaiowas” do dzisiaj daje rade i potwierdza, ze w pierwszej polowie lat 90tych zdolnosci kompozytorskie tych czterech kolesi wykraczaly poza ramy tego, co rozumie sie jako „piosenka metalowa”.
c) covery. no, tu juz robi sie pieknie. czego tu nie mamy – Celtic Frost, Black Sabbath, Dead Kennedies, Final Conflict, Titas, Ratos De Porao… i niezaleznie czy graja punk czy metal – naprawde brzmi to wszystko jak Sepultura. i to jest piekne. choc dla mnie prawdziwa rewelacja jest przeorbka „War” Boba Marleya. oczywiscie o tym, ze brzmi to zupelnie niepodobnie do tego, co proponowal krol reggae nie musze mowic. ale nawet jak na Sepulture brzmi to nietypowo. ambientowe niemal tlo, „zwrotki” z Maxem nawijajacym slowa Haile Selassie I niczym Henry Rollins, przelamywane wydarciem sie i masakra czyniona przez instrumentalistow. bajka, zblizona klimatycznie do utworu czajacego sie w indeksie pod numerem 7…
d) … czyli nie publikowanym nigdzie indziej „Mine” z wszechmogacym wokalnie Mike Patton’em. wlasciwie teatr jednego aktora. ej, ja nie wiem o co w tym utworze chodzi. on mnie autentycznie przeraza. gdyby pacjenci jakiegos najbardziej przegietego szpitala psychiatrycznego napisali piosenke, to brzmialaby ona DOKLADNIE TAK. byc moze najlepsze dokonanie Pattona jako wokalisty w calej jego karierze.
ale to nie koniec. bo juz jako nastepny wyskakuje „Lookaway”, tu jako „Master Vibe Mix”. czyli lekko zmodyfikowana wersja najbardziej przegietego fragmentu „Roots” z unikalnym triem wokalnym Max Cavalera – Mike Patton – Jonathan Davis i Dj Lethalem wspomagajacym reszte muzykow Sepultury. coz, pamietam kiedy pierwszy raz uslyszalem ten numer na wycieczce szkolnej w 1 klasie liceum. nic nie pilem, a lezalem zamroczony przez dobre pol godziny. i po 10 latach wciaz rozklada mnie ten track na lopatki. nie przesadzajac – mistyczne doznanie. dzieki takim utworom wierze, ze jeszcze mi gust kompletnie nie zdziadzial i moge doznac przy czyms, co nie ma na tacy wylozonej melodii.
warto miec ten album chociazby dla samych piosenek z podpunktu d) i c). ale i pozostale potwierdzaja, ze Sepultura circa 1996 to byla calkiem powazna sprawa, nie tylko w kontekscie metalu, ale i Muzyki jako takiej.
najlepszy moment: MINE (feat. Mike Patton)
ocena: 7,5/10