Beastie Boys – Hello Nasty
wydawca: Grand Royal
jak pokazuje przyklad Eminema, bialasy tez potrafia robic hiphop. wiecej – zydzi tez potrafia! dzis o Beastie Boys bedzie.
nie jest to na pewno moj najukochanszy band, ale szacunem i sympatia daze ich przeogromnym. zadebiutowali milusim, acz mega gowniarskim „Licensed to Ill”, by juz na nastepnej „Paul’s Boutique” wskoczyc do absolutnej extraklasy hiphopu. wiecej – by w ogole tworzyc podwaliny tego gatunku, na rowni z NWA, Public Enemy czy Grandmaster Flash. a jednoczesnie na przestrzeni lat stworzyc za pomoca bitow, rymow i w znacznej mierze zywych instrumentow wlasny subgatunek. kazdy chcialby w ten sposob myslec o wlasnej tworczosci, wlasnym zespole. ale oni jak malo kto w hiphopie… ba, w alternatywnej muzyce w ogole, moga tak o sobie powiedziec. oni sa ponad podzialy na coasty, ponad podzialy na gangsta, alty i mainstreamy, ponad podzialem na nacje i rasy. Beastie Boys graja jak Beastie Boys, a tak nie gra z kolei nikt. bossostwo, bez fonograficznej wpadki na koncie.
dzis pogadamy sobie o piatym w kolejnosci „Hello Nasty”. obok poprzednika i najbardziej odstajacego w ich tworczosci debiutu najwiekszy sukces komercyjny. ale tez jeden z najwiekszych sukcesow artystycznych.
zajmijmy sie tym drugim aspektem, bo jest on latwiejszy do rozkminienia. nie bede w tym odczuciu odosobniony, wiec powiem to – uwielbiam gdy BB uprawiaja punkrockerke czy nawet hardkora. „Sabotage”, by chwycic za oczywizm, ale na poprzednich albumach jest mnostwo rownie kozackich fragmentow. problem w tym, ze nie bylby to zbyt dobry ruch wydac plyte z takim graniem w roku ’98. roku, w ktorym przez swiat przetaczala sie fala rapmetalowa i, co gorsza, numetalowa, ktora wsrod swych inspiracji wymieniala takze Beastie Boys. oczywiscie kto ma uszy ten slyszy, ze BB stoja pierdyliard szczebli wyzej od tego typu wyrobnikow. niby moznaby wydac plyte na zasadzie „my juz wam pokazemy, jak sie laczy rap z gitarami”, ale zawsze istnieje ryzyko, ze ktos oskarzy ich o podlaczanie sie pod fale. co wiec zrobili bboysi? odcieli sie calkowicie. na dwa sposoby. pierwszy – tworzac polowe wybitnie hiphopowe. i to hiphopowe w najbardziej oldskulowym stylu. „Three MC’s and one DJ”, bedacy songiem-tributem dla nowego w skladzie DJ Mix Master Mike to najradykalniejszy przyklad. ale i cala reszta – rowniez opatrzony futurystycznym klipem i robocimi dzwiekami „Intergalactic” – to uklon w strone tradycji. masa sampli, twardej stopy, przescigania sie w rymach, tu i owdzie pojawiajacy sie beatbox, nawet miejsce dla fristajlu sie znalazlo (goscinnie Biz Markie). sto procent hiphopu w beastieboysowym hiphopie, bez zbednych arenbi dewiacji. gdyby graffiti i breakdance dalo sie przelozyc na dzwieki, to na pewno znalazlyby miejsce na tej plycie.
jednak jest jeszcze drugie oblicze, kto wie czy nie jeszcze ciekawsze. czyli te stojace „zywym” graniem. zadne jednak czady, zadne „podrabianie Minor Threat”. bossanova w „I don’t know”, samba w „Song For Junior”, lekkie dramy w „And Me”, dub w „dr. lee, phd” (goscinnie lee „scratch” perry), nu-jazz w „Sneakin out the hospital”… i chociaz sa tacy, ktorzy nie cierpia BB w takim wydaniu, dla mnie to przepyszna sprawa. raz, ze wymieszane ze stricte hiphopowym graniem nie ma prawa znuzyc, co niestety bylo problemem „The Mix-Up”. po drugie – opatrzono je w wiekszosci przypadkow wokalami. tak, rowniez glownych zainteresowanych. ale plebiscyt w tej kategorii wygrywa triphopujaco-chillujacy „Picture This” z niejaka Brooke Williams. cud-miod kompozycja.
gdyby to wszystko bylo ciut bardziej przebojowe (paradoksalnie bardziej zostaja w pamieci tracki hiphopowe) to bysmy mogli mowic o czysto genialnym wytworze. ale i tak – klasyk. a, MCA – wracaj do zdrowia!
najlepszy moment: PICTURE THIS
ocena: 8,5/10

