rageman.pl
Muzyka

Yelawolf & Ed Sheeran – The Slumdon Bridge

rok wydania: 2012

wydawca: DIY

pobierz album

 

Wspominaliśmy o tym, że Yelawolf to dość ogarnięty muzycznie chłopak i być może mamy tu najlepszy tego dowód. To generalizowanie, ale słuchając amerykańskich raperów trudno nie odnieść wrażenie, że swój zakres zainteresowań ograniczają wyłącznie do swego kraju (złośliwcy by jeszcze bardziej to uściślili do dziwek, koksu i złotych łańcuchów). Dotyczy to także muzyki. Ile słyszeliście rapowych piosenek opartych na The Smiths czy Kraftwerku? Wyobrażacie sobie Lil Wayne’a na ficzuringu u Franz Ferdinanda albo The Cure? W jednej z piosenek sam Mike Skinner z The Streets pochylał się nad zjawiskiem – niby ten sam język, a jednak UK i USA pod względem muzycznym dzieli więcej niż Atlantyk.

A jednak zdarzają się wyjątki, jak „The Slumdon Bridge”, gdzie w obrębie czterech piosenek Yelawolf kolaboruje z młodą gwiazdą brytyjskiej sceny akustycznego rocka, Edem Sheeranem. Przesadą byłoby mówić o „cudzie nad Tamizą” –  Sheeran, pomimo rock-folkowej przynależności klubowej, dość często kolaboruje z grime’owcami. Ponadto to on, wspólnie z Jake Goslingiem, jest wyłącznym autorem muzyki na EPce, ograniczając rolę Yelawolfa do dogrania rapowych zwrotek.

A mimo to nie ma poczucia sztucznego łączenia dwóch odrębnych światów, symbioza jest jak najbardziej kompletna. Chyba najlepiej to widać w otwierającym całość, najlepszym „London Bridge”, choć paradoksalnie podział wokalny tu jest najwyraźniejszy – do Yela należą zwrotki, do Eda refreny. Ale podkład, z klimatyczną gitarą akustyczną, świetnym klaszcz-finałem i trawestacją tradycyjnej przyśpiewki angielskiej, czyni tu kawał genialnej roboty, windując całość do własnej kategorii, którą z braku laku nazwijmy bluesrapem. Cudo.

Choć na dobrą sprawę każdy kawałek to odrębny styl. Najpopularniejszy w całym towarzystwie, oparty na beatboxie „You Don’t Know” jest najbliższy hiphopowi, choć całość emanuje soulowym niemal ciepełkiem. Dla odmiany podkład „Faces” to praktycznie dubstep – choć jednak bliższy amerykańskiej, popowej odmianie. No i jako outro… „Outro”. Fajnie się rozkręcający i niefajnie, bo w najmniej odpowiednim momencie się ucinający. Szkoda.

Może i Ameryki tu nie odkrywają, niemniej jednak to jedno z ciekawszych wydawnictw około hiphopowych tego roku, które zdecydowanie powinno doczekać się kontynuacji.

 

najlepszy moment: LONDON BRIDGE

ocena: 7,5/10

Leave a Reply