rageman.pl
Muzyka

Wyclef Jean – The Carnival

rok wydania: 1997

wydawca: Ruffhouse

 

jo jo jo jooooo! wracamy w kregi the fugees’owe.

przelomowy dla fugees „The score” okazal ie jednoczesnie ich labedzim spiewem. rok pozniej juz kazdy rozpoczal solowa kariere. pierwszy krok poczynil mozg tejze kapeli. i jednoczesnie zrobil to chyba w najlepszym stylu, ktorego lata pozniej nie przebili ani jego byli kompani, ani on sam.

bajer polega na tym, ze to jest jakby lepsza realizacja zalozen, ktore the fugees zalozyli sobie przy tworzeniu „The Score”. zacznijmy od tego, ze tej plyty naprawde slucha sie jak filmu. nie – sciezki filmowej, ale jak samego filmu. mnostwo tu skitow, ktore nie przeszkadzaja tak jak na „The Score”. bywaja autentycznie smieszne, ale takze w jakims tam stopniu daja do myslenia („Killer MC” najlepszym przykladem).

przede wszystkim jednak – zachwyca muzyka. dominuje zywe granie (Wyclef na gitarze w kazdym tracku), ale trudno to tez zestawic z takim The Roots. a to dlatego, ze wiecej tu tez spiewania niz rapowania. ale wracajac do tkanki instrumentalnej – eklektyzm tej plyty poraza. tu naprawde na rownych prawach funkcjonuje hiphop, reggae (kapitalna „Jaspora” z MEGA gitara), r’n’b („Mona Lisa” ze spiewanym udzialem The Neville Brothers), salsa, disco… tak wlasnie – salsa i disco. moznaby powiedziec, ze Wyclef trzyma sie patentu na sukces wypracowanego w The Fugees. czyli na przeboje dajemy cudzesy. ale o ile zarowno „Guantanamera” (z udzialem kubanskiej gwiazdy Celii Cruz) jak i „We Trying To Stay Alive” (opartym na motywach z przeboju Bee Gees) wypadaja lepiej niz przeboje z „The Score”. przerobki z tej plyty wygrywaja tym, ze tu naprawde oba swiaty – starego przeboju i pracy aranzacyjnej Wyclefa – przeniknely sie. przebojowy hook nie funkcjonuje na zasadzie doczepki, na ktorym wylacznie spoczywa chwytliwosc numeru. inna sprawa, ze niekoniecznie sa to najbardiej przebojowe fragmenty calosci. bo jest jeszcze cudny balladowy „Gone Till November”, wykorzystujacy wprawdzie orkiestralne dzwieki, ale zadnej pompatycznosci czy patosu tu nie ma. ujmujaco wypada tez „Sang Fezi” z smigajacym w tle samplem z „House Of The Rising Sun” i wokalnym popisem Lauryn Hill.

wlasnie – zwazywszy na to, ze czesto i gesto udzielaja sie tu zarowno Hill jak i Pras, mozna na luzaku uznac „The Carnival” jako godnego nastepce „The Score”. ba, moze nawet go przebijajacego?

 

najlepszy moment: JASPORA

ocena: 8/10

Leave a Reply