Whiplash
rok: 2014
„Dlaczego kura przeszła przez ulice?
-bo zaczęło się solo na perkusji.”
Ba dum tss.
Suchar ten pojawił się tutaj nie tylko ze względu nam brak pomysłu na wstęp, ale także dla zbilansowania ciężaru dalszej części notki. Bo zamierzam się tu rozpisać, nie tylko zresztą o samym filmie.
Bo film, przy całym swym geniuszu wykonawczym, mimo wszystko nie wyłamuje się z klasycznego filmowego schematu „jednostka pragnąca być najlepsza w kategorii swojej pasji, na przekór przeciwnościom i kosztem wyrzeczeń – dążenie do celu – załamanie, zawieszenie przysłowiowych butów na celu – …”. Trzy kropki, by nie zdradzić zakończenia, ale niezaleznie od niego – wszystko się zgadza, film idealny na Oscara, tylko zamiast popularniejszego w kontekście tego typu dzieł sportu mamy sztukę. A skoro sztuka, to i kolejna filmowa klisza związana z tym tematem, czyli relacja genialny uczeń-wymagający nauczyciel, mentor.
A jednak na bazie tych klisz Chazelle kreuje historie wciągającą, przejmującą, każącą się ustosunkować do bohaterów i motywów ich działań. Co wcale nie jest proste – bo powiedzieć, że postacie są wielowymiarowe i niejednoznaczne to nic nie powiedzieć. Może zdecydowanego przewrotu nie ma, ale są momenty, które każą zrewidować kogo uważamy za „dobrego” w tej historii, a kogo za „złego”. I chyba na tym polega wybitność kreacji Milesa Tellera jako Andrew (uczeń) i przede wszystkim wielokrotnie nagradzanego (a najważniejsza nagroda – Oscar – już na wyciągnięcie ręki) J.K. Simmonsa w roli nauczyciela Fletchera. Ten drugi ma tu fizjonomię wypisz wymaluj diabła, a mimo to nie popada w komiksową jednowymiarowość, o grotesce nie mówiąc.
Być może to kwestia dobrego wstrzelenia się w moją aktualną fazę rozkminową, ale nie będę ukrywać, że najbardziej mnie fascynuje w tym filmie nie ta pierwsza, najbardziej widoczna płaszczyzna filmu, na którą składa się opowiedziana tu historia i jej wizualne przedstawienie, a kolejne warstwy – dylematy, które niby nie są niczym nowym, a jednak wciąż prowokują do dyskusji.
Przede wszystkim – czy pasja to coś, czemu warto oddawać całe swoje życie, kosztem sfery prywatnej, uczuciowej, nawet rodzinnej. Wspólny mianownik historii o wybitnych talentach jest jeden – zawsze te dążenie do celu, jakim jest bycie najlepszym, pokonanie pewnej bariery, ma w tle postępujący rozkład sfery uczuciowej.W najlepszym (przynajmniej dla głównego bohatera) wypadku kończy się wyrzeczeniem się samego siebie przez tę drugą osobę (przeważnie kobietę), by w pełni wspierać partnera. Niezależnie czy chodzi o sport, sztukę czy… kardiochirurgię, wszak Religa w „Bogach” to dokładnie ten sam „kejs”. Raczej nie jest przypadkiem, że artyści, jeśli już zakładają rodziny, to w dosyć późnym wieku i w 8 na 10 przypadkach nie kończy się to happy endem „aż po grób”(z czego najbardzie cieszą się portale i prasa bulwarowa). Oczywiście trochę generalizujemy tutaj, ale tendencja jest aż nadto widoczna – niezależnie czy patrząc na biografie czy Pudelka. Rozkapryszenie artystów to jedno, ich chorobliwa potrzeba rozmaicie pojmowanej wolności drugie, ale przede wszystkim chodzi o ponadprzeciętne oddanie swej profesji, zupełnie inne niźli u, z całym szacunkiem, piekarzy czy stolarzy czy ogólnie pracowników trybu 9-17. Człowiek oddany pasji nie rozgranicza życia zawodowego i prywatnego – w ogóle nawet nie patrzy w tych kategoriach. Być może ma to sens, jeśli celuje się – tak jak Andrew – w bycie zapamiętanym przez miliony. A co, jeśli to będą tysiące? Albo setki? A jeśli za 10 lat nikt nie będzie Cie pamiętał? Czy jest w tym wypadku granica, za którą cel nie jest wart poświęconych środków? I jeszcze – jak to się wszystko ma do tzw. dojrzałości, najczęściej pojmowanej jako gotowość do zakładania jednostki społecznej zwanej rodziną, przedłużanie gatunku. Czy koleś, któremu w wieku 40 lat w głowie wciąż tylko stukanie pałeczkami w bęben jest tylko wyrośniętym dzieckiem? A może to on właśnie osiągnął wyższy poziom człowieczeństwa, idąc pod prąd, wyłamując się ze schematu praca-dom-żona-dzieci-urlop-ciepłe kapcie?
„Whiplash” to film o oddziaływaniu jak najbardziej uniwersalnym, a jednak trudno sie wyzbyć wrażenia, że pewną jego potęgę dostrzeżą tylko ci, dla których muzyka jest, kolokwialnie rzecz ujmując, całym życiem. Te freaki, które w towarzyskich dyskusjach reagują głównie na tematy związane z muzyką, którzy potrafią godzinami gadać o wielkości The Beatles i brzmieniu płyt winylowych. Też te, które oceniają innych przez pryzmat własnych zajawek muzycznych. Jest pewna świetna, a przy tym fascynująco niepozorna scena, kiedy Andrew dzwoni do dziewczyny, z którą się wcześniej spotykał. Nie wyszło, ponieważ jasno jej zadeklarował że chce się poświęcić wyłącznie doskonaleniu gry na perkusji. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że na decyzję mógł mieć fakt, że w ogóle nie miał w niej partnera „muzycznego” – widać to najlepiej na pierwszej randce, podczas której dziewczyna zupełnie nie łapie jego podjarki jazzem lecącym w tle. Po jakimś czasie reflektuje się i dzwoni do niej zapraszając na swój występ podczas jazzowego festiwalu JVC. Dziewczyna przekręca nazwę zupełnie nie orientujac się w temacie, na końcu deklarując że nie przyjdzie ze względu na nowego chłopaka. Odpowiedź ta podłamuje naszego głównego bohatera, ale moim zdaniem nie jest to tylko klasyczna reakcja pt „moja była ma już nowego, a myślałem że będzie zawsze na mnie czekać”. Może to nadinterpretacja, ale dla mnie mamy tu przede wszystkim uświadomienie sobie, jak miałkie i nieważne są obiekcje wynikające z tego, że ktoś nie jest takim freakiem muzycznym jak Ty. Parafrazując „500 Days Of Summer” – to, że ktoś nie ma tak dziwacznego gustu jak Ty nie znaczy, że nie może być Twoją bratnią duszą. Marzymy o tym, by znaleźć drugą taką sobą, dla której także numer 2 z singla X zespołu Y, wydanego tylko w Japonii, będzie tym najukochańszym utworem na świecie, wyobrażając sobie, że to właśnie TA osoba będzie tą jedyną. A tak naprawdę to bzdura, ta osoba nie istnieje, a jeśli już ją znajdziemy, to najprawdopodobniej czar pryśnie – jak wtedy kiedy klient sex-telefonu odkrywa, kto się naprawdę czai po drugiej stronie kabl. Nie ukrywam, mając totalnego pierdolca na punkcie muzyki mi też łatwo było wpaść w tę pułapkę, ale na szczęście opamiętanie w końcu przyszło.
Sporo tu pamiętnika aniżeli recenzji. Ale chyba najlepsze filmy to właśnie takie, które zmieniają życiową perspektywę albo przynajmniej każą ją zrewidować. Pod tym kątem „Whiplash” spełnia swoją rolę. Bardzo.
najlepszy moment: finał
ocena: 8,25/10
