rageman.pl
Muzyka

The Streets – The Hardest Way To Make An Easy Living

rok wydania: 2006

wydawca: Locked On

 

dobra, pomowmy jeszcze o The Streets.

wiec dwa lata po oslawionym „A Grand Don’t Come For Free” spotykamy sie z panem Skinnerem w zupelnie innych okolicznosciach. celebryta z wlasna wytwornia, ktory teraz juz sam wyciaga reke do mlodych zdolnych. randki z gwiazdami, sztama z innymi gwiazdkami muzycznymi (m.in. z Pete’m Doherty’m, ktory wystapil w remiksie „Prangin’ Out”). zmiany symbolizuje juz sama okladka (2 llata temu chlopak czekal na przystanku, dzis juz wozi sie sam jak widac), ale slychac je takze w samej zawartosci cedeka.

warto zaczac refleksje na temat tej plyty w ten sposob: wybronil sie chlopak. bo nie chodzi juz o to, ze to trzecia plyta, a wiec najtrudniejsza i takie tam. problem polegal na tym, ze Skinner w szybkim czasie awansowal na glos pokolenia, rzecznika praw angielskiej klasy sredniej. rymowal (+spiewal) o tym, co bylo bliskie jego sluchaczom – melanzowe chlanie w pubach i na domowkach, borykanie sie z brakiem kasy, ogarnianie beznadziei rutyniarskiej pracy (lub jeszcze lepiej – jej braku). wszystko o tym, co wraz z osiagnieciem statusu gwiazdy staje sie wrecz abstrakcja.i o czym tu teraz pisac teksty, by przytrzymac przy sobie dotychczasowych fanow? odpowiedz: o zyciu obecnym. okolicznosci inne, ale szczerosc i trafnosc obserwacji ta sama. za to szacun.

natomiast jesli chodzi o sama muzyke… no, tu juz sprawa tak prosta nie jest. teoretycznie jest lepiej. a wlasciwie – profesjonalniej. juz nie ma razacych prymitywizmem podkladow, nie wyskakuje ni z gruchy ni z pietruchy zaden refren od Coldplay’a, nie ma takich niemal anty-refrenow jak wczesniej. oczywiscie, slychac ze to wciaz The Streets. co dla tych, ktorzy nie polubili go przy wczesniejszych plyytach, jest kwestia nie-do-strawienia i pieprza cos o stagnacji i zachowawczosci. facet ma swoj styl i chyba nie ma nic az tak zlego w tym, ze tylko dopracowuje tenze styl, zamiast go rewolucjonizowac? retoryczne pytanie. choc okej, z jednym sie zgodze – pomimo iz wszystko brzmi lepiej, to jednak… wypada gorzej.

okej, to co tutaj teraz wystukam na klawiaturze moze wydac sie czepialstwem. i calkiem slusznie. ale w sumie brakuje mi na tej plycie klimatu wczesniejszych wydawnictw. tego chodzenia po polu minowym. tego lekkiego chaosu, ktory rownie dobrze mozna bylo nazwac roznorodnoscia. sluchajac tej plyty nie ma zdziwienia, ze to jak na razie najlepiej przyjeta plyta Skinnera w Stanach Zjednoczonych. do Flo Ridy czy Akona Skinnerowi daleko, ale jednak momentami az odczuwa sie przesyt tymi popowymi refrenami. pewnie, pare jest kapitalnych (wspomniany „Prangin’ Out”, „Memento Mori”), ale wiekszosc ordynarnie ociera sie o poziom Eski. brak mi, przy calej sofistykacji podkladow, momentow na ktorych naprawde mozna zawiesic ucho. najlepszy przyklad – singlowy „When You Wasn’t Famous”. choc z drugiej strony – sasiadujacy z nim „Never went to church” fajnie traci gospelem niemalze. no i ten „sampel” z „Let It Be”… tylko ze do poziomu „Blinded by the lights” to jednak daleko jak stad na Kamczatke.

all in all – przyzwoita plyta od przyzwoitego jednak wykonawcy.

 

najlepszy moment: PRANGIN’ OUT

ocena: 7,5/10

Leave a Reply