The Mars Volta – The Widow
rok wydania: 2005
wydawca: Gold Standard Laboratories
Wpadła mi w rękę płytka pewna. Singiel „The Widow” zespołu The Mars Volta.
Powiem tak – ja cenię ten zespół. Bo po pierwsze – At the Drive-In to była wyjebana sprawa. A The Mars Volta to zespół, którym dowodzi dwóch osobników tego zespołu. I w TMV mamy m.in. najlepsze elementy z tamtego zespołu. Czyli wysoki, przepełniony emocjami wokal Cedrica Bixlera-Zavali oraz geniusz muzyczny Omara Rodrigueza-Lopeza. Problem w tym, że ATDI tworzyło rzeczy bardziej piosenkowe, bliższe hardcore’owi z przedrostkiem post. Natomiast TMV to kompozycje bombastyczne, długie w chuj, które można by zaliczyć do szeroko rozumianego rocka progresywnego. A ja już na sam dźwięk zestawienia tych dwóch słów dostaję gęsiej skórki. Skojarzenia biegną w kierunku Yes czy innego Pendragona. Nie, dziękuję.
Ale jednak. Na drugą płytę panowie postanowili nagrać coś, co miało być w zamierzeniu czymś na kształt ładnej piosenki. Nie wiedzieć, czy z przekory, czy by jednak podciągnąć trochę sprzedaż „Frances the Mute”. Wydanie rzeczy na singlu tym bardziej każe brać pod uwagę drugą możliwość.
No i mamy na singlu więc „The Widow”, jeszcze w wersji edit. Ciut ponad trzy minutki. Spokojne zwroteczki i wybuch emocji w wokalu i w dźwiękach przypadających na refren. Ładne to to. Ale jednak to, co stanowi o wartości tej płytki, to drugi numer.
Pytanie – jak numer, który dał tytuł drugiej płycie, mógł się na niej nie znaleźć? Jak TAK GENIALNY numer mógł się na niej nie znaleźć? Niby też jest bombastycznie, wielowątkowo, czternastominutowo. Ale… na początku dziwne, męczące dźwięki. Ni to noise, ni to soundtrack jakiegoś oldskulowego filmu typu horror czy inny noir. Nagle bum! Wchodzi normalna, piękna kompozycja, normalna melodia. Dynamiczna, z rozedrganym rytmem i Cedrikiem wchodzącym na wyżyny swego bossostwa. Solówka Omara ta z kategorii „totalne rozłożenie na łopatki” i nagle znów bum, tylko że przegięte w drugą stronę. Teraz sam wokal Cedrica i gitara akustyczna. Tyle że teraz Cedric znów szaleje z formami wokalnymi. Delikatnie śpiewa, cedzi słowa, przepuszcza wokal przez efekty, momentami brzmiąc jak wielebny Maynard JK. I znów BUM. Końcówka to już jest jakiś jebany, totalny monument. I znów wyciszenie, z jakimiś kosmicznymi dźwiękami. Dla mnie to ich najlepszy numer jest i tyle. Się zastanawiam, jak to jest żyć ze świadomością, że stworzyło się coś na miarę Geniuszu. Tak najnormalniej w świecie dalej jedzą na obiad schabowego i robią kupę? No nie ogarniam.
najlepszy moment: FRANCES THE MUTE
ocena: 7/10