rageman.pl
Muzyka

The Bastard Fairies – Memento Mori

rok wydania: 2007

wydawca: DIY

pobierz album

 

Zmieniamy klimat.

Niewiele mi wiadomo o zespole The Bastard Fairies poza tym, że tworzy go duet złożony z Pana, który odpowiada za całe instrumentarium płyty oraz Pani, o korzeniach native-amerykańskich (okej, przyznaję że zabrakło mi słowa), która napisała teksty i na płycie je wyśpiewała. Omawiany dziś album to jak dotąd jedyne pełnowymiarowe wydawnictwo tego ansamblu, choć jakieś pomniejsze wydawnictwa później się wydarzyły.

A szkoda. W sensie szkoda tego, że to jedyna ich płyta. Bo tu, moi drodzy, dzieje się lekka afera. Płyta jest tak naszpikowana melodiami, że rozważam przerzucenie się na indie pop, pod który zespół jest kwalifikowany. Nie siedzę zanadto w gatunku, więc skalę porównawczą mam dość, przyznaję bez bicia, ograniczoną. Biorąc pod bogactwo aranżacyjne i towarzyszący mu żeński wokal (dość często potraktowany nakładkami, a także innymi efektami typu „budka telefoniczna”) to jakieś CocoRosie się nasuwa na myśl. Pewne przerysowanie wizerunkowe może przywoływać skojarzenie z Amandą Palmer i Dresden Dolls. Sam głos słodko-popowy, aczkolwiek w „Everyone Has A Secret” po odrzuceniu z bittersweet pierwiastka sweet słychać lekką PJ Harvey nawet.

Tyle mych pseudoporównań. O aranżacyjnym rozpasaniu nie ma co mówić – w tym gatunku jest to niemal coś oczywistego. Fani rockowego podejścia do budowania kompozycji raczej niewiele tu znajdą – gitara akustyczna pojawia się sporadycznie (najczęściej przy końcu płyty), rytm jeszcze rzadziej (i to generowany syntetycznie). Chociaż… w „Habitual Inmate” pojawia się nawet gitara elektryczna, a w „A Venemous Tale” coś na kształt muzyki z Karaibów, może Jamajka jakaś nawet. Przy okazji ten ostatni jest najpogodniejszym utworem spośród całego tuzina tu zebranych – generalnie tytuł płyty raczej nie przypałętał się na to wydawnictwo przypadkowo, choć też nie aby było dołująco. Raczej słodkogorzko.

Jedyny problem z płytą jest fakt, że tych dobrych melodii… jest za dużo. Poważnie, dlatego też ocena jest taka niska. To jakiś kuriozalny paradoks, że choć prawie każdy z tych utworów nadaję się na kategorię „najlepszy moment”, jako całość potrafią wręcz, bożesztymój, znużyć. A może problem też w ograniczonej charyźmie zespołu, przez co łatwiej zapamiętać hooki poszczególnych numerów niż same kompozycje jako całość? Nie wiem o co chodzi. Zamiast rozkminiać problem płyty wolę zdecydowanie ją przesłuchać po raz kolejny. Co i Wam polecam.

 

najlepszy moment: ODE TO THE PROSTITUTE

ocena: 8/10

Leave a Reply