The Allman Brothers Band – At Filmore East
rok wydania: 1971 (reedycja: 2003)
wydawca: Mercury
wstep dla dzieci i mlodziezy. byc moze obracajac sie w kregach numetalowych zauwazyliscie taka kapele co sie Deadsy zowie. jej liderem jest Elijah Blue, ktory jest synem Gregga Allmana (a przy okazji tez Cher). ten zas Allman jest od wielu lat liderem The Allman Brothers Band. a starszakom taki wstep jest niepotrzebny, bo oni doskonale wiedza o kim bedzie dzis mowa.
eh, czlowiek sie starzeje. nigdy wczesniej nie siegnalbym po plyte, ktora klasyfikuje sie jako bluesrock, southern rock. kapela ktora w znacznej mierze zainspirowala Dzem. dlugie wlosy, hippisowski klimat. no czyli totalnie nie moja bajka. a tu patrz. kiedy muzyka jest Genialna, podzialy nie istnieja. a taka jest zawarta wlasnie na omawianej dzis plycie.
od poczatku kapela zapowiadala sie na rewelacje. ale nie potrafila tego przelozyc na albumy studyjne. i nigdy nie przelozyla. bo jej zywiolem, jedynym sensownym srodowiskiem byla scena. dlatego najlepszym w powszechnej opinii albumem tego zespolu bylo trzecie jej wydawnictwo, „At Filmore East”. tym krazkiem wspieli sie na wyzyny, komercyjne i artystyczne przede wszystkim. doskonale tu slychac dlaczego.
idealnie pracujaca maszynka. to co w tym czasie bylo najbardziej innowatorskie to wykorzystanie dwoch perkusji. butch trucks odpowiadal za rockowy „kregoslup”, podczas gdy czarnoskory jaimoe sial jazzowy ferment. i wcale sobie nie przeszkadzali, a wrecz kapitalnie uzupelniali. sekcje rytmiczna uzupelnial berry oakley z poteznymi, acz melodyjnymi pochodami bassu. frontmanowal wspomniany juz gregg almann, czarujacy na hammondzie oraz za pomoca wokalu (chociaz w takiej konwencji grania na zywo tego spiewania nie bylo az tak wiele).
to co jednak zawsze najbardziej przyciaga uwage w kapelach rock/bluesowych (chociaz o nie-tak-malych inklinacjach jazzowych)to gitarzysci. ten zespol mial szczescie. przytrafilo mu sie dwoch mistrzuniow, przed duze M. podobna jakosc, choc technika i feeling zupelnie inne. Duane Allman to przede wszystkim technika slide, metalowa rurka, wieksze nieopierzenie. dickey betts to zas juz „czysta” gra, precyzja, ale tez i lepsze techniczne zaplecze, ktore pozwalalo mu wiecej niz allmanowi przekazac. tu duane obrosl jednak legenda, w czym „pomogla” tragiczna smierc tuz po wydaniu „AFE” (niedlugo po nim, rowniez na motocyklu, zginal oakley). i bynajmniej nie dyskredytuje jego postaci. chodzi o to, ze solowki bettsa tez tutaj zachwycaja, nie rzadziej niz allmana.
dobra, a przede wszystkim chodzi zas o to, ze oni tu rozciagaja swe piosenki parokrotnie. i taki np genialny „Whipping Post” koniec koncow trwa 23 minuty. ale tu nie ma ANI JEDNEGO ZBEDNEGO DZWIEKU. taki myk. posluchajcie zreszta co to znaczy improwizacja rockowa. Absolut. w deluxe edition, ktory mam przyjemnosc posiadac, dodano troche utworow z tego koncertu, ktore na pierwszym wydaniu sie nie zmiescily, jak „trouble no more” czy popularny dosc „midnight rider”, przez co calosc rozciagnela sie do dwoch kompaktow. ale ten album stal sie klasykiem dzieki utworom ktore byly na nim „od zawsze”. kanon, dzieciaki: „In memory of elizabeth reed”, „You don’t love me”, wspomniany „Whipping post”, „stormy monday”.
taka anegdota na koniec – ponoc na koncertach rockowych poczatkowo niespecjalnie bylo popularne wydzierac sie miedzy piosenkami. albo inaczej: wydzieraly sie glownie panienki uwielbiajace mccartneya czy jaggera. ale jakas wieksza bezposredniosc az tak popularna nie byla. i wtedy zdarzyl sie „at filmore east”. po zakonczeniu kolejnej piosenki duane wola do berryego by zaczynal. po pierwszych taktach nagle sie ktos z sali wydziera „whipiiiiiiiiing pooooost!”. „zgadles!”. utwalenie tego na nosniku sprawilo, ze po wydaniu „AFE” ludzie na koncertach INNYCH wykonawcow zaczeli w ten sam sposob wywolywac „whipping post”. a potem juz normalnym zwyczajem stalo sie, ze publika miedzy numerami wywolywala utwory. taki wplyw kulturalny. choc to jedna tysieczna powodow, dla ktorych warto siegnac po „At Filmore East”.
dlaczego jednak tylko 8/10? poniewaz koncerty na plycie, nawet dvd, nigdy nie oddadza tego, czym jest prawdziwy koncert. a jesli slyszysz taki koncert jak ten z Filmore East (de facto to dwa koncerty zgrane w jeden, no ale cichosza) to wrecz kurwica cie bierze, ze nie bylo sie na tym koncercie. i tylko ow kurwica nie pozwala mi wyzej ocenic tej jednej z najlepszych koncertowek ever.
najlepszy moment: WHIPPING POST
ocena: 8/10