rageman.pl
Film

Szpieg

rok: 2011

rezyseria: Tomas Alfredson

 

zawyzam statystyke – bylem w tym roku w kinie juz drugi raz! tyle ze tym razem, w przeciwienstwie do „Kac Vegas 2”, naprawde warto bylo ruszyc cztery litery.

co ja tu bede sie rozwodzil – takie filmy jak „Szpieg” przywracaja mi wiare w sens ogladania filmow. jesli przez caly seans ani razu nie lukam na zegarek, to naprawde cos znaczy. a mowimy tu o bitych dwoch godzinach.

uwielbiam takie filmy. najprawdziwsza uczta tak intelektualna, jak i wizualna. rozpracujmy film wedlug ow kategorii.

zatem najpierw scenariusz. glowna postacia filmu, grana przez Gary Oldmana, jest George Smiley, agent brytyjski, bedacy absolutnym przeciwienstwiem wyobrazen o tej robocie utrwalonym przez serie o Jamesie Bondzie (blizej juz do Dale’a Coopera, ale to tez jednak nie to). czyli, porownujac do gier komputerowych – zamiast strzelanki czy platformowki bardziej gra przygodowa, i to tez raczej tekstowka anizeli point and click. w kazdym badz razie, choc akcja jest dosc nonlinearna, clou programu mozna ujac nastepujaca – chodzi o wytropienie tzw „kreta”, podwojnego agenta pracujacego dla komunistycznych nieprzyjaciol z kraju sierpa i mlota. pikanterii sledztwu dodaje to, ze ow kretem jest jedna z czterech najwyzej postawionych osob w Secret Intelligence Service (zwanym tutaj „Cyrkiem”). zreszta szef tegoz, o kryptonimie Kontroler, wsrod podejrzanych stawia rowniez samego Smiley’a. czyli, jakby to powiedzial inny znany agent z „Archiwum X” – trust no one.

tyle slowem wprowadzenia, ktore nie streszcza wlasciwie ani jednej sekundy filmu. bo tu nie ma przebacz – trzeba kontrolowac akcje od pierwszej wlasciwie sekundy,a pierwszy zwrot akcji wlasciwie mozna odnotowac juz w pierwszych 5 minutach. film rzuca na gleboka wode, a ponoc w porownaniu z pierwowzorem literackim („Druciarz, Krawiec, Zolnierz, Szpieg” – ja wiem ze to malo chytliwy tytul dla polskiego klienta kinoplexow, ale jakos w UK nikomu taki tytul – dosc sensowny w kontekscie fabuly – nie przeszkadzal…) i tak uproszczono calosc. mnogosc postaci, drugie tyle zawilosci w relacjach miedzy nimi, nie mowiac juz o kontekscie, nazwijmy to, historyczno-geograficznym (przyznam ze w tworzeniu wlasnych interpretacji intrygi ten ostatni aspekt mnie przerosl) – ciezko to ogarnac i trzeba przyznac, ze tworcy filmu nie daja zadnej taryfy ulgowej. dlatego szczerze rozumiem osoby, o ktorych slyszalem, ze odpuszczaly sobie seans „Szpiega” w trakcie. nie chce tu robic z siebie inteligenta, ale mimo wszystko zrozumienie filmu jest mozliwe, skoro dokonal tego czlowiek jarajacy sie Papa Dance i Wolfensteinem. choc warto wczesniej potrenowac, np na wspomnianych przygodowkach czy nawet filmach Lyncha.

tyle tresc. a forma? aspekt wizualny to majstersztyk, stuprocentowa brytyjskosc – czy moze po prostu oldskulowosc – w mysleniu o kinie. dlugie ujecia, operowanie cisza (choc muzyka, skomponowana przez Alberto Iglesiasa – palce lizac, zwlaszcza w tych bardziej jazzujacych momentach), tonowanie napiecia. zadnej amerykanskiej kawy na lawe, dzis coraz bardziej obowiazujacej nawet juz nie tylko w maintreamowym kinie. „Szpieg” wydaje sie byc pod wzgledem formalnym niemal idealnym odwzorowaniem tego, jak naprawde moze wygladac praca ow szpiega – zmudna, nudna, wyprana ze skokow dynamiki czy po prostu jakiejkolwiek akcji (w „Szpiegu” pada lacznie conajwyzej 5 strzalow z broni palnej!), a jednak podskornie caly czas w napieciu, w najwyzszym stanie gotowosci.

ale to wszystko, z calym szacunkiem, drugoplanowa kwestia. najwazniejsze pytanie w zwiazku ze „Szpiegiem” jest nastepujace – czy Gary Oldman dostanie w koncu Oscara? nie abym jakas specjalna atencja darzyl te nagrody, ale jednak cholera – to jest przeciez absolutny skandal, by byc moze najlepszy obecnie aktor nie byl nawet nominowany (!!!!!) do najwazniejszej nagrody filmowej. moze bardziej sensowne byloby zatem pytanie – jak nie teraz to kiedy? bo, mimo wszystko da sie wskazac w CV jego jeszcze lepsze role. wciaz jednak jest to wystarczajacy poziom, niedostepny 95 procentom gawiedzi aktorskiej obu plci, by zgarniac nagrody rozdawane pod kazda szerokoscia geograficzna. i co jeszcze warte podkreslenia – oscar dla Javiera Bardema za „To Nie Jest Kraj Dla Starych Ludzi” pokazala, ze Akademia wreszcie jest gotowa nagradzac rowniez i takie, wylamujace sie hollywoodzkim schematom role – zdystansowane, minimalistyczne, emocjonalnie skrajnie niedostepne, niemozliwe do utozsamiania sie z nimi, a jednak porywajace. tak, to musi byc przynajmniej nominacja do Oscara. jesli tak sie nie stanie, to oficjalnie te nagrody sa gowno warte.

 

najlepszy moment: GARY OLDMAN

ocena: 8,5/10

Leave a Reply