rageman.pl
Film

Świadek

rok: 1985

reżyseria: Peter Weir

Kiedy „Rok niebezpiecznego życia” pokazał, że Peter Weir ma papiery na kręcenie mainstreamowego kina z hollywoodzkimi gwiazdami w rolach głównych, kwestią czasu było aż sięgnie po niego naprawdę duże amerykańskie studio filmowe. I tak też się stało przy okazji „Świadka”, w którym Australijczyk zamienił Mela Gibsona na Harrisona Forda – wtedy, po sukcesach Gwiezdnych Wojen i Indiany Jonesa, absolutną gwiazdorską topkę. Efekt? Osiem nominacji do Oscara (w tym za najlepszy film) które się przełożyły na dwie statuetki, ponad sto milionów dolarów przychodu… i bardzo przyzwoity film.

Zaraz, jak to tylko „przyzwoity”? Ano tak. Żebyśmy się dobrze zrozumieli – to naprawdę kawał świetnego kina. Problem w tym, że mało Weira w tym Weirze i trudno mi się oprzeć wrażeniu, że równie dobrze mógłby to być film każdego innego reżysera, który fach pod względem technicznym ma opanowany do perfekcji. Nie jest to też film, który, tak jak chociażby kolejna współpraca na linii Weir-Ford, tj. „Wybrzeże moskitów”, rezonuje w odbiorcy dłuższy czas, skłania do głębszej refleksji – a jak miały pokazać późniejsze filmy kręcone w Stanach („Stowarzyszenie umarłych poetów”, „Bez lęku”, „Truman Show”), taki zazwyczaj efekt Australijczyk osiągał.

Powtórzmy jednak – jest tu wciąż sporo dobra, dla przynajmniej kilku grup odbiorców. Przede wszystkim dla fanów thrillerów kryminalnych, bo osią fabularną filmu jest przede wszystkim sprawa morderstwa, które musi rozwikłać bohater grany przez Forda. Przy czym nacisk nie jest położony na śledztwo, bo kto zabił to wiadomo praktycznie od początku, a na ochronę tytułowego świadka. Dość nietypowego, jako że jest nim dziecko, a żeby było jeszcze ciekawiej – jest ono amiszem.

Konfrontacja Człowieka Zachodniego Świata z egzotycznymi (na pewno dla protagonisty, ale też dla widza) grupami społecznymi nie jest nowym motywem u Weira, by wspomnieć przywołany wcześniej „Rok niebezpiecznego życia” czy „Ostatnią falę”. Nie będzie kontrowersyjną opinią stwierdzenie, że w „Świadku” Australijczyk eksploatuje ten wątek w najbardziej efektywny sposób – choćby dlatego, że główny bohater siłą rzeczy musi się zasymilować, nie może pozwolić sobie na dystans lub co gorsza poczucie wyższości. Więc podchodzi do kultury amiszów z empatią i zainteresowaniem, a razem z nim my. I jeśli szukać Weira w „Świadku” to przede wszystkim w tym aspekcie filmu. A że na tym gruncie rośnie też całkiem ładna historia miłosna? To że Weir umie pokazywać rodzące się uczucie udowodni najlepiej w „Zielonej karcie”, ale na pewno „Świadek” wygrywa nietypowym kontekstem.

Jako początek przygody z kinem Weira „Świadek” może się sprawdzić naprawdę dobrze – bo jest to jakościowe, a przy tym dość przystępne. Natomiast jeśli chcecie mieć pewność, że kogoś przekonacie do tego że warto wejść w świat Australijczyka, to zacząłbym jednak od razu od „Stowarzyszenia umarłych poetów” lub „Truman Show”.

najlepszy moment: mimo wszystko akt pierwszy, stuprocentowo thrillerowy

ocena: 8,25/10