rageman.pl
Muzyka

Starsailor

gdzie: London Palladium, Londyn

kto: Starsailor

Nie nazwałbym się wybitnym obieżyświatem, ale lubię poznawać nowe miejsca, kultury. Lubię też turystykę koncertową, więc jeśli mam sposobność posłuchać grania na żywo na obczyźnie, to z takich okazji korzystam. Zwłaszcza, że często dotyczy to artystów i zespołów nie kwapiących się do zawitania w Polsce. Tak było rok temu z koncertem Poison The Well w Londynie, a że znów zawitałem niedawno w angielskiej stolicy to postanowiłem przy okazji sprawdzić co się dzieje na mieście.

„O, a co to, Starsailor gra?” Większość by pewnie zadała w tym momencie pytanie „a co to jest Starsailor?”. I trudno obruszyć się na to pytanie. Kwartet wywodzi się z nurtu, który można nazwać post-britpopem. A z założenia wręcz druga i kolejne fale w każdym gatunku – czy to grunge, nu-metal, emo, you name it – nie mają tej jakości co pionierzy gatunku. Co innego potencjał komercyjny – ale i tu naszym sympatycznym chłopakom nie dopisało tak szczęście jak Coldplay’owi. Czego zabrakło? Cholera wie, ale na pewno nie, przynajmniej na pierwszym etapie kariery, dobrych piosenek. 22 lata temu (sam nie wierzę pisząc tę liczbę) recenzowałem tu drugi album Anglików, „Silence Is Easy”, który wprawdzie singlowo radził sobie najlepiej spośród wszystkich ich longplejów, ale dziś, jeśli się pamięta o Starsailor, to przede wszystkim za debiutanckie „Love Is Here”. I to właśnie z okazji dwudziestopięciolecia tego wydawnictwa London Palladium w dniu pańskim 02.10.26 wypełniło się sympatykami zespołu.

Tu warto nadmienić, że London Palladium trudno określić mianem koncertowego klubu – przede wszystkim jest to teatr. Jeśli goszczą tu zespoły rockowe, to raczej w prestiżowych okolicznościach. I tak też było w tutaj omawianym przypadku – Starsailor postanowił uhonorować swój najsłynniejszy album nie tylko odgrywając go w całości, ale przede wszystkim odgrywając go z orkiestrą smyczkową?

Efekt? Piękny. Przede wszystkim dlatego, że materiał wyjściowy, pełen emocji, aż prosił się o tego typu „podbicie”. Ani przez chwilę nie miałem uczucia rozdźwięku, co w przypadku mariaży rocka (niezależnie w jakiej odmianie) z muzyką klasyczną nie jest tak oczywiste. Inna sprawa, że też udział gości specjalnych tego koncertu nazwałbym mianem nienachalnego – nie wgłębiałem się aż tak, dając się ponieść dźwiękom bez ich analizowania, ale myślę, że było sporo momentów gdzie grał tylko zespół. A zespół? Wciąż w formie. A na pewno w formie wykonawczej. Pamiętając teledyski zespołu z początku XXI wieku przeżyłem lekki szok widząc lidera, Jamesa Walsha, któremu teraz bliżej do normika z brzuszkiem i posiwiałymi włosami. Cóż, starość nie radość – sam mogę to potwierdzić.

OK, ale o koncercie miało być. Choć debiut odegrali w całości bez pominięcia któregokolwiek z tracków, to dość mocno namieszali w kolejności. I w sumie słusznie. Trudno o lepsze wejście w koncert niż kultowy dla fanów „Alkoholic”. Singlowe „Good Souls” i „Poor Misguided Fool” też raczej lepiej pasują na wielki finał. Ale bynajmniej o zakończeniu wieczoru mowy być nie mogło. Bo po półgodzinnej przerwie panowie wrócili na drugi set, tym razem już przekrojowy. A, co ważne, wraz z nimi smyczki. I wspaniale było usłyszeć w takiej wersji „Four to the Floor”, który poderwał z miejsc dotychczas siedzącą publikę. I choć po tym utworze zeszli ze sceny, to wszyscy wiedzieli, że bez jeszcze jednej piosenki się nie obędzie. I w końcu i ona wybrzmiała. „Silence Is Easy”.

Trasa rocznicowa już zaplanowana, więc o ile rozochoceni jej przyjęciem panowie ze Starsailor jej nie przedłużą, to raczej w tym wydaniu w Polsce ich nie zobaczymy. Ale może w końcu jakiś „normalny” koncert? Też mamy w Warszawie Palladium.

najlepszy moment: FOUR TO THE FLOOR

ocena: 8,25/10