Metro
rok: 1985
reżyseria: Luc Besson
Dużo tu, zwłaszcza ostatnio, mówimy o kinie anglojęzycznym, polskim, latynoskim, nawet rosyjskim. A kompletnie pomijamy w naszych wojażach Francję. Czas dziś nadrobić tę haniebną zaległość. I zaczniemy z wysokiego C, od jednego z najważniejszych reżyserów przełomu wieków (którego sława w ostatnich latach dość mocno przycichła niestety). Luc Besson.
Nie będzie jednak o „Leonie Zawodowcu”, „Nikicie” czy moim ukochanym „Piątym Elemencie”. Sięgamy głębiej, do początków kariery. W 1985 roku umieścił najciekawsze nowe twarze francuskiego kina (Christophera Lamberta, Isabelle Adjani oraz przyszłą gwiazdę swych największych filmów, Jeana Reno) w metrze, a następnie kazał im…
… no własnie, co właściwie? Powiedzmy sobie od razu, fabuła „Metra” jest tak pokręcona, że zastanawiam się czy sam Besson rozumie o co w niej chodzi. Najkrócej rzecz ujmując – policjanci gonią złodziei, choć oczywiście trzymamy stronę tych drugich, bo są piękniejsi, przystojniejsi i po prostu cool. Przede wszystkim jednak – to nie są degeneraci którzy chcą się bogacić kosztem innych, a wyrzutki społeczeństwa które nie godząc się na reguły gry „na górze” znaleźli są enklawę w tunelach metra, stacjach, przejściach itp. To ich Królestwo.
Może brzmi to na papierze pretensjonalnie (albo po prostu nie umiem w dobór słów), ale „Metro” to ten przykład filmu, gdzie kulejąca fabuła nie stanowi wady przekreślającej film (choć też nie pozwalająca dać najwyższe oceny). Tu przede wszystkim chodzi o Energię. Obrazu, montażu, kreacji aktorskich. Jak najbardziej można ją określić mianem punkowej – bo muzyka rockowa gra tu istotną rolę także w samej fabule (ostatnia „koncertowa” scena jest przewspaniała), ale też para głównych bohaterów wygląda jakby stylu uczyli się u Vivienne Westwood. Zwłaszcza Christopher Lambert- głupio mówić o kolesiu per sexy, no ale jasny gwint, z tą blond czupryną wygląda jak młody bóg. I tak też się zachowuje – kiedy nie jest śmiertelnie poważny (jak w, well, „Nieśmiertelnym”) i pozwala sobie na więcej luzu w grze, to jest bossem absolutnym. Jak w „Metrze” właśnie (albo w „Mortal Kombat”).
Jakoś ostatnio na tym blogu mamy szczęście do filmów, które nakłaniają do indywidualizmu, przeciwstawiania się regułom, po prostu – wolności. „Metro” robi to w zdecydowanie bardziej nieokrzesany sposób niż „Stowarzyszenie Umarłych Poetów”, ale bynajmniej nie umniejsza to jego wartości. Zapomniana perełka.
najlepszy moment: CHRISTOPHER LAMBERT
ocena: 8,25/10