Spin Presents Newermind: A Tribute Album
wydawca: DIY
czy „Nevermind” wybitnym albumem jest? ja osobiscie wciaz mam pewne watpliwosci w tej kwestii, no ale nie bede tu sie znow spinal, zreszta rozkminialismy temat w swoim czasie. faktem niezaprzeczalnym natomiast jest, ze jest to album historycznie wazny, ktory zbawil tak muzyke alternatywna w latach 90tych, jak i w pewnym sensie fonografie. w kazdym badz razie – jako taki musial doczekac sie wlasnego „tribute’u”. mozna wrecz sie zastanowic czemu dopiero teraz. strach przed zmierzeniem sie z oryginalami? posucha w kwestii artystow, ktorzy byliby w stanie podjac sie wyzwania? watpliwosci, czy aby na pewno album zasluzyl na taki zaszczyt?…
…NIEWAZNE. wazne jest, ze to magazyn SPIN wyszedl w koncu z inicjatywa. skrzyknal artystow o raczej znikomym potencjale komercyjnym (innymi slowy – nieznanych zwyklemu zjadaczowi popkultury), kazdemu przydzielajac po jednym z 13 utworow (bo „Endless Nameless” tez oczywiscie doczekal sie swej „przerobki”) i efekty ich pracy ukladajac w kolejnosci zgodnej z duchem oryginalu.
wnioski ogolne? jest ciekawie. wiekszosc wykonawcow podeszla do tematu ambitnie, wywracajac kompozycje do gory nogami i czasem nawet porzucajac melodie oryginalna. i pomimo iz mozna sie zastanawiac, czy np taki „Stay Away” w wykonaniu Charlesa Bradley’a to jeszcze cover czy juz autorska piosenka, nie zmienia to faktu ze wyszedl mu przepyszny blues godny B.B.Kinga i innych mocarzy gatunku. podobnie jak, z przeciwleglego bieguna, „Come As You Are”. nie jest to az tak przegiete jak „Comfortably Numb” Scissor Sisters, ale purysci moga dostac zawalu slyszac, jak mroczny bass oryginalu przekonwertowano na syntezatorowa serpentynke. dosc osobliwy, choc jak dla mnie to juz jednak dzielo geniuszu graniczacego z asluchalnym szalenstwem, jest wykon „Drain You” niejakich Foxy Shazam, gdzie fortepianowa ballada spotyka sie z cha-cha, kabaretem i rockowym wydarciem. i to w obrebie 4 minut. ale trzeba przyznac tez, ze caly czas porusza sie w obrebie melodii oryginalu, wiec obiektywnie byc moze jest to najlepszy cover na plycie.
co jeszcze? Amanda Palmer zalicza kolejny tribute album, traktujac „Polly” calkowicie po swojemu (co, pamietajac specyfike pierwotnej wersji, nie bylo az takim wyzwaniem jak mogloby sie wydawac). w podobnym, choc troche „slodszym” duchu jest utrzymane wykonanie „Lounge Act” przez Jessica Lea Mayfield. Butch Walker z ekipa kapitalnie przerabia „In Bloom” na oldskulowy, kalifornijski rock. sa tez blizsze oryginalom, punkowe strzaly jak „Breed” (Titus Andronicus) czy „Territorial Pissings” (Surfer Blood). pewnym wydarzeniem jest fakt zaproszenia na skladanke The Vasolines czy Meat Puppets. dosc wyjatkowa sytuacja – sklady, ktorymi inspirowal sie Cobain i ktorym dal druga komercyjna mlodosc (a, bedac szczerym, to nawet pierwsza), same teraz skladaja hold jego legendzie. niestety, by nie bylo tak wzruszajaco, wiaze sie z tym tez chyba najwieksze rozczarowanie wydawnictwa. o ile The Vasolines daja sobie z „Lithium” rady bez problemu, tak Curt Kirkwood zwyczajnie nie udzwignal linii wokalnej „Smells Like Teen Spirit”. ja wiem, indie, brud i te sprawy. ale mnie zwyczajnie uszy pekaja jak slucham tego wykonania. zwlaszcza ze sam podklad instrumentalny tez zanadto sytuacji nie ratuje.
calosc raczej do historii nie przejdzie, nawet tej zwiazanej z samymi tribute albumami. ale odsluchuje sie mega przyjemnie, zebrani wykonawcy podpromuja sie nie az tak wielkim kosztem na plecach bardziej utytulowanych kolegow z branzy. wszyscy sa zadowoleni. i pewnie o to wlasnie chodzi w tym wszystkim.
najlepszy moment: FOXY SHAZAM – DRAIN YOU (jednak)
ocena: 7,5/10
