rageman.pl
Muzyka

Soundgarden – Telephantasm

rok wydania: 2010

wydawca: A&M

 

Nie będę ukrywał, początkowa ekscytacja związana z reaktywacją Soundgarden kilkukrotnie została zmącona zwątpieniem. Największe przyszło przy zapoznaniu się z fragmentami nowego albumu. Cóż, nie zachęca do dalszych odsłuchów, ale trzeba będzie jeszcze wgłębić się w temat. Trochę też namieszała mi w głowie omawiana dzisiaj kompilacja typu Best Of, bynajmniej nie z muzycznych powodów.

Po pierwsze – czy Soundgarden ma na tyle opasłą dyskografię, by po raz drugi wydawać kolekcję największych przebojów? Chyba nie za bardzo, to nie Rolling Stones czy nawet U2. O ile „A-Sides” wydane w 1997 roku stanowiło zgrabne zamknięcie całkiem pięknego rozdziału w historii rocka, tak „Telephantasm” to wytwór czysto koniunkturalny, mający na celu wyłącznie podkręcić atmosferę oczekiwania na studyjny album. Aspekt sprzedażowy też obmyślili dość sprytnie – składankę dołączano do kolejnej części gry „Rock Band”. Przez co sam składak już w dniu premiery okrył się platyną, choć zapewne sporo osób które przyczyniło się do sukcesu płyty nawet nie wiedziała co to jest ten Soundgarden. Widmo popularnych dekadę insertów dołączanych do polskich gazet znów stąpiło na ziemię.

Tyle jeśli chodzi o okoliczności wydania „Telephantasm”. Jeśli chodzi o selekcję utworów już jest zdecydowanie lepiej, choć nie bez „ale”. 12 utworów, niecała godzina muzyki – to mało, także w kontekście bardziej obszernego „A-Sides”, choć dla debiutujących w temacie Soundgarden może to i dawka akuratna. W porównaniu z wcześniejszą o 13 lat kompilacją wypadło kilka singli (np. „The Day I Tried To Live”, „Pretty Noose”, „Ty Cobb”), w zamian mamy kilka naprawdę atrakcyjnych perełek. Po pierwsze: „My Wave”, który jakimś dziwnym trafem nie załapał się na „A-Sides”, choć to dosyć popularny reprezentant „Superunknown” (oczywiście na „Telephantasm” najwięcej kawałków załapało się właśnie z tej płyty). Po drugie: „Hunted Down”, historyczny pierwszy singiel Soundgarden. Po trzecie: „Birth Ritual”, całkiem świetny reprezentant okresu „Badmotorfinger” wyciągnięty z soundtracku do kultowego „Singles”. No i po czwarte: „Black Rain”, absolutna premiera. Także pochodzący z okresu „Badmotorfinger”, choć sporo partii zarejestrowano na nowo. Nie powiem, ma swój power, refren mile łechce ucho i serce, ale obiektywnie rzecz ujmując – nie ma tu absolutnie nic, czego byśmy nie słyszeli u Cornella i spółki wcześniej.

Najważniejszą kwestię dotyczącą „Telephantasm” ujmę w formie pytania – GDZIE JEST KURWA „JESUS CHRIST POSE”? Ja rozumiem, najpopularniejszy kawałek Soundgarden to „Black Hole Sun” (oczywiście tu obecny). Ale gdyby zapytać się TRU prawdziwych fanów o naj kawałki, to KAŻDY wymieniłby „JCP” przynajmniej w pierwszej piątce, nie ma innej możliwości. Wyobrażacie sobie best of Pearl Jam bez „Jeremy” czy Nirvany bez „Come As You Are”? Panowie, co tu dużo mówić – daliście dupy, bo wiemy wszyscy dobrze, że nie chodzi o aspekt artystyczny, tylko kontrowersyjną tematykę.

Wdech, wydech… Refleksje ogólne? Kolejny raz przekonałem się, że to grunge jednak, nie madchester, britpop czy nu-metal (ej, nie odchodźcie od monitorów) jest moim ulubionym rockowym trendem lat 90tych. W przypadku sceny brytyjskiej trudno mi wyróżnić poza Blur jakikolwiek zespół, który ruszyłby mnie całym albumem, a nie tylko singlami (bądź co bądź świetnymi i tak, niech będzie że uwzględniam także Oasis). Radiohead oczywiście nie liczę, bo to rzecz ponadgatunkowa. W przypadku Seattle-soundu mam natomiast trudność, który z tych wszystkich genialnych albumów uznać za najwybitniejszy. „Nevermind”? „In Utero”? „Vs”? „Dirt”? „Down On The Upside”? A przecież ten ciąg mógłby być jeszcze dłuższy, zwłaszcza jeśli uwzględnić bandy spoza Wielkiej Czwórki – Mad Season, Temple Of The Dog, Screaming Trees, Mudhoney…

Reasumując – brak „Jesus Christ Pose” dla mnie dyskwalifikuje ten album, ale dla kogoś potrzebującego takiej kolekcji singli może być, droga wolna. Tyle że jeśli ktoś chce ograniczyć swoją wiedzę o Soundgarden do największych przebojów to sorry, nie mamy o czym gadać man.

 

najlepszy moment: SPOONMAN

ocena: 7/10

Leave a Reply