rageman.pl
Muzyka

Soulfly – Primitive

Primitiverok wydania: 2000

wydawca: Roadrunner

 

(uwaga, bede bic rekord w dlugosci wstepu)

no wiec – nie bede ukrywal, ze mam do tej plyty MEGA sentyment. z dwoch powodow. po pierwsze – co chyba oczywiste – swego czasu ostro zajechalem kasete z tymi nagraniami. po drugie – podczas trasy promujacej wlasnie ten album mialem okazje widziec zespol maxa cavalery na zywo, a konkretnie – w warszawskiej Stodole. dla Soulflaja to byl drugi koncert w PL, dla mnie debiut nie tylko jesli chodzi o koncerty tego zespolu, ale tez jesli chodzi o koncerty poza 3miastem. a scislej – zamiastowe koncerty bez opiekunczego nadzoru Siostry. koncert jak koncert (nie no, nawet z dzisiejszej perspektywy byla to mocno konkretna sprawa), ale before party… Impreza Zycia, powiedzialbym. i ja wiem, ze zloty forum czy grupy internetowej kojarza sie z takimi obrazkami, ale Core-PL to nie byla zwykla grupa dyskusyjna (taaa, wiem ze kazdy tak mowi o „swoim” forum). nigdy pozniej nie poznalem tak kumatych muzycznie ludzi, z ktorym moznaby bylo prowadzic tyle wielogodzinnych (czy tam wielomejlowych) dyskusji, o muzyce i tym co jej dotyczy (lub nie). najlepszy dowod na to, ze ludzie sluchajacy „ciezkiej muzyki” to nie musza byc jacys dlugowlosi igloksi w czarnych rajtuzach lub nawiedzeni studenci polibudy, a normalne typy (i typiary!) do tanca, drina i rozanca, zyjacy nie tylko ostatnia plyta korna. zreszta, i tak stopniowo rozmow o „nowoczesnym metalu” (sliczny eufemizm) jest coraz mniej, a coraz wiecej dysput o hc/punku, indie rocku czy elektronice. moze przesada byloby powiedziec, ze zebrala sie na tym forum elita czy pionierzy, ale faktem jest, ze polowa tych ludzi tworzy dzis szeroko pojeta alternatywna scene, czy jako muzycy, wlasciciele klubow czy wydawcy muzyki. propsy dla tych ludzi i tych o ktorych sluch zaginal.

okej, rekord pobity. a jesli chodzi o sam drugi album Soulfly… „Primitive”. bzdura troche. nie slychac go zanadto w kompozycjach, a w produkcji to juz w ogole. odpowiedzialnego za „Roots” i „Soulfly” rossa robinsona, ktorego cechowala raczej analogowa produkcja, wymieniono na toby’ego wrighta, odpowiedzialnego chociazby za „follow the leader” korna i pare innych numetalowych krazkow. zamiast wiec prawdziwej dzungli mamy dzungle spreparowana w studiu nagraniowym. a nawet nie cala dzungle, a pare drzewek. bo oczywiscie wciaz jest sporo plemiennych dzwiekow, ale ich obecnosc w piosenkach nie jest juz experymentem, a naturalnym elementem stylu Soulfly. Roots, czesc trzecia – to by juz raczej nie przeszlo. a ze wtedy jeszcze maxa wciaz kusilo do poszukiwan, to mamy na plycie experymenty z innymi gatunkami muzycznymi. jest wiec jeszcze bardziej eklektycznie, a przede wszystkim – przebojowo jak nigdy dotad i nigdy pozniej.

lubie, kiedy o kazdym utworze z plyty mozna cos napisac. a tutaj jak najbardziej tak jest. zaczynamy od „Back to the primitive”. czyli singlowym przeboju. tytul mocno naciagany, choc zalezy co kto rozumie przez slowo „prymitywizm”. ale kawalek na pewno sympatyczny. prawdziwa bomba to jednak kolejny track o nazwie „Pain”. nietypowe, malo metalowe tempo i noisowy riff, a przede wszystkim kapitalna warstwa wokalna. wpierw max w swoim stylu, pozniej pan grady ze znanej tylko paru fascynatom kapelki Will Haven. screamo stalo sie ostatnio lamerskim pojeciem, ale ten pan robi swym glosem z tego gatunku Sztunke. 10/10, absolutnie uwielbiam. trzecia zwrotka numeru to dobry znajomy moreno z deftonesow, ale tym razem wystep jego przemyka jakos niezauwazalnie. „Bring it” to znow metalowo-etniczny strzal w pysk z dubowa wstawka w srodku numeru. nastepny w kolejnosci „Jumpdafuckup” chyba juz do konca zycia bedzie mi sie kojarzyl z numetalowymi imprezami w Parlamencie i Orbitalu. lezka sie w oku kreci, hah. nie no, co bede ukrywal -tez sie przy tym numerze bawilem i tego nie zaluje. bo track jest okej, a final z udzialem corey’a taylora ze slipknota (zdecydonie typ lepiej wypada wydzierajac sie niz spiewajac) naprawde moze robic wrazenie. „mulambo” to chyba rzecz najblizsza etnicznym wycieczkom pokroju „umbabaraumba”. tak za sprawa jezyka lirykow, jak i samej warstwy rytmicznej. „Son Song” to drugi z trzech najpotezniejszych fragmentow plyty. przede wszystkim za sprawa udzialu Seana Lennona, z TYCH lennonow. jesli ktos jest ciekawy, jak tworca „Imagine” by sie wpasowal w stylistyke metalowa, to ma odpowiedz. bo syn ma barwe glosu niemal indentyczna co ojciec. chociaz calosc bardziej sie kojarzy z Alice In Chains niz Fab Four. no i tekst tez robi wrazenie, zwlaszcza jak sie wyczai kontekst w postaci podobnych perypetii obu panow z ojcami. na dzien ojca track jak znalazl. szkoda ze potem wyskakuje „Boom”, ktoremu najblizej do typowego numetalu, przez co wypada on tu najslabiej.

pokolenie winyli dzieli albumy na dwie strony, ale wychowani na kasetach magnetofonowych maja nie inaczej. a strona B zaczyna sie poteznie – „Terrorist” to najszybszy tutaj track. wreszcie jest naprawde prymitywnie. no ale oczekiwac od piosenki napisanej wspolnie z wokalista i liderem w jednej osobie malo znanej kapelki o nazwie Slayer.  „The Prophet” to znow sam Max i jego muzyci. i kolejny dowod na to, ze najciekawiej panowie graja, kiedy goszcza w numerze innego wokaliste. chociaz „Soulfly II” to chlubny wyjatek. znow instrumentalnie, zgodnie z zalozeniem oryginalu. ale sequel jest jeszcze lepszy od pierwszej czesci znanej z debiutu. cudo. „In Memory Of…” to nieznani mi blizej zawodnicy z Cutthroat Logic i Cavalery zetkniecie z kultura hiphop. nie jest to jakas bomba, bo kolesie slabe maja flow, ale jest okej. konczymy na trzecim, gdyby nie „Pain” najlepszym numerze plyty – „Fly High”. swietny riff, ale przede wszystkim zwrotka… to juz nawet nie soul, a totalny Pop. spokojnie moznabyloby to wydac na singlu i podciagnac sprzedaz plyty o pare milionow wiecej. moze i dobrze, ze tak sie nie stalo. jest rarytas dla wybranych. choc ponoc tru metale brzydza sie tym trackiem. eh.

gdyby nie debiut, to „Primitive” spokojnie moglby uchodzic za najlepszy album Soulfly. ba, moglby wrecz nim zakonczyc kariere i zostac zapamietanym jako jedna z najlepszych rzeczy, jakie przytrafily sie metalowi w poprzedniej dekadzie. no coz.

 

najlepszy moment: PAIN (feat. Grady Avenell & Chino Moreno)

ocena: 8/10

Leave a Reply