rageman.pl
Muzyka

Skarp

gdzie: Rado!stacja Eklektyczna

kto: Skarp, Vialka, Perelandra, Dobry Dzień

 

Kolejny udany koncert, chyba nawet najlepszy w tym miesiącu. A może i jeden z najlepszych w tym roku. Kto by pomyślał, że TAKIE wydarzenie będzie miało miejsce w tak niepozornym miejscu jak Rado!stacja Eklektyczna, gdzie swego czasu organizowałem osiemnastkę. Cóż za miły zbieg okoliczności.

Na miejscu pojawiłem się już o 18.30 – wprawdzie na plakacie widniało że początek o 18.00, to jeszcze duuuużo czasu minęło do rozpoczęcia pierwszego koncertu. Ludzi jeszcze mało, z czasem zaczęli się na szczęście pojawiać. Oczywiście głównie zlot hardkorów i punków, ze widoczną przewagą tych drugich. Rado!stacja, kojarząca się bardziej z osiemnastkami niż koncertami punkowymi, za sprawą publiki i przychylnemu klimatowi przypominała w tym dniu swoisty squat. Anarchia, można by rzec, panowała również w kwestii nagłośnienia – dźwiękowiec zdecydowanie powinien zmienić pracę. Z drugiej strony miało to swoisty urok, ta amatorszczyzna wpasowała się w klimat. Tyle jeśli chodzi o techniczna sprawy. Czas na konkrety.

Jako pierwszy wystąpił Dobry Dzień, czyli ziomki z 3miasta. Drugi raz się widzimy i drugi raz w tym miejscu. W międzyczasie zaszła, ku memu wielkiemu zdziwieniu, poważna zmiana – nie ma pani wokalistki, ponoć wyemigrowała do Anglii. A fajna była, nie powiem. Cóż zrobić, przy otwartych granicach takie rzeczy będą się zapewne działy coraz częściej. O ile możliwe, że pani wokalistka poczyna sobie za granicą nieźle, tak jej koledzy z byłego już zespołu raczej bez niej sobie nie radzą. Koncert po prostu się odbył. Zagrali, momentami całkiem ciekawie, ale nic z tego nie zapamiętałem. Było ich trzech, jasne – grać umiejących. Pan gitarzysta, obsługujący teraz również wokale, umiał też sobie ryknąć. Ale właściwie co z tego? Być może nagłośnienie zawiniło. W każdym razie – poza tymi energicznymi, prawdziwie punkowymi momentami nie działo się nic. Grając prosto i do przodu też można zaintrygować. Niemniej słyszałem gorsze rzeczy, wiec dam im szansę. Może znajdzie się jakiś ciekawy wokalista płci oboętnej, który podratuje tę muzykę? Czego im szczerze życzę.

Następni do odstrzału byli kolejni przyjaciele z 3miasta, czyli Perelandra. Tu już tak punkowo nie było. Tzn. punk był fundamentem, ale raz po raz pojawiały się echa HC, jakaś transowość, psychodela, surowa alternatywa… w sumie można by wymieniać dłużej, nie zmienia to jednak faktu, że za dużo z tego nie wynikało. Przede wszystkim jednak nie odpowiadał mi wokalista. I to na obu płaszczyznach – artystycznej (wprawdzie nie fałszował, ale jak dla mnie totalnie średni poziom), jak i, nazwijmy to, osobistej. Mocno nie ruszały mnie te gadki do publiczności. Sam tekst „chuj wam w dupę” może i nie budzi we mnie odrazy, sam wszak często używam tego pięknego zwrotu. Ale w tym kontekście wywołał u mnie lekki niesmak. Ale dobra, nie każdy rodzi się krasomówcą. Ważna jest muzyka. A ta wg mnie się po prostu nie broniła. Nie było na czym zawiesić ucha. Żeby chociaż instrumentalnie jakoś powalało, ale tak nie było. Chociaż i tak było lepiej w porównaniu do pierwszej kapeli, której nieraz zdarzały się kiksy – tutaj plus po stronie tej czwórki panów. Ale tak jak w przypadku poprzedniego zespołu, koncert po prostu przeleciał, choć teraz trzeba było przeczekać aż godzinę. A potem był już czas na sam miodek…

…czyli na pierwszych północnoamerykańskich gości. Na początek tych z kraju, gdzie ludzie mają śmiesznie przecięte poziomo głowy. Z Kanady, znaczy się. Wprawdzie twarze duetu z Vialki nie przypominały southparkowej wersji Kanadyjczyków, ale i tak wyglądali dość ciekawe. Żeńska połowa duetu ubrana w ludowy strój, męska w garnitur. Uroku temu drugiemu dodawała również broda, której nie powstydziłby się żaden członek System of a Down. Porównanie do słynnych Ormian nieprzypadkowe, ale najpierw o innym skojarzeniu: The White Stripes. Gitara plus perkusja, brak basu. Tu akurat za wokale odpowiadała pani, dysponująca skądinąd ciekawym głosem. Jednak te wokalne orientalizmy z kopiącymi w ryj punkowymi zagrywkami to wypisz wymaluj System of a Down. Z tą różnicą, że ze znacznie trudniejszymi do zapamiętania melodiami, co dla mnie nie musi być minusem. Jestem jak najbardziej na tak, zwróćcie na nich uwagę. Nie zdążyłem spojrzeć na zegarek by odnotować ile grali, jednak zdecydowanie za krótko.

Przerwa techniczna i na scenie lokuje się ostatni zespół. Kapela z grandżowego Seattle, z muzyką grunge nie mająca absolutnie nic wspólnego. Dosłownie rzecz ujmując: crust as fuck, death metal dla punków. A poważniej mówiąc – potężna muzyka. Melodii ni chuja. Perkusista uderzający w gary z prędkością porównywalną do szybkości, jaką osiąga się spacerując w nocy po Orunii czy Nowym Porcie gdy nagle goni cię miejscowy folklor. O dziwo basista dotrzymujący tempa. Gitarzysta maltretujący mile dla mych uszu gitarę. A na wokalu płeć żeńska. Wait, wokalu? Toć to krzyk, krzyk i po raz kolejny krzyk. Ale krzyk z sensem. I mimo tego co przed chwilą napisałem, przeplatany czymś na kształt śpiewu. Podziwiam, takich kobiet w muzyce nam trzeba!! Atmosfera genialna, frontmenka śpiewająca w tłumie, co sprzyjało singalongom. Wybornie, choć z zastrzeżeniem. Bo to mimo wszystko muzyka wybitnie na koncerty. Przypuszczam, że odbiór w domu byłby zdecydowanie słabszy. Dlatego hierarchizując oba główne dania wieczoru stawiam wyżej Vialkę. Nie pomogło też załodze Skarpu to, że ich koncert skończył się, zdaje się, małym przypałem. Wokalistka coś bluzgała do mikrofonu, niestety ze względu na mój podupadający angielski niezbyt zczaiłem o co chodziło. Niemniej zdecydowanie warto było stawić się w ten wtorkowy wieczór dla tych dwóch kapel. No dobra, dla wszystkich czterech, ale ze wskazaniem na dwie ostatnie.

 

najlepszy moment: VIALKA – EVERYWHERE AND NOWHERE

ocena: 7/10 

Leave a Reply