rageman.pl
Muzyka

Satysfakcja

rok wydania: 1989

autor: Daniel Wyszogrodzki

 

Zanim przejdziemy do sedna… Ostatnio usłyszałem coś na kształt zarzutu, ze ten blog to groch z kapusta, bez jakiejkolwiek spójnej myśli. Otóż wcale nie. Jest myśl przewodnia. Piszę po prostu o rzeczach, które mnie danego dnia ruszają, czy to poznane po raz pierwszy czy to odkrytych na nowo. I tylko tyle. Absolutnie nie mam ambicji by cokolwiek tutaj było opiniotwórczego, choć jeśli kogoś zachęci (lub zniechęci) do płyty/filmu/książki mój wpis, to milo mi. Tym bardziej, ze sam zauważyłem, ze pisze o starociach. Bo aktualnie jestem na etapie staroci i dzisiejsza muzyka rozrywkowa mnie zwyczajnie nie robi.

Z drugiej strony – proszę zważyć na to, ze staram się by te notki były jakoś powiązane, miały ciągłość. Co wiec ma wspólnego Buena Vista Social Club z The Rolling Stones? Ano ma. Ry Cooder troszkę się udzielał na płytach Stonesów, co zresztą jest odnotowane w dzisiaj omawianym dziele. Naciągana może koneksja, godna dokumentów muzycznych klasy B, ale zawsze. A poza tym to po prostu udało mi się w końcu skończyć tą cegle z literkami, wiec muszę o tym napisać.

Jest trochę tego czytania. Ale za to tylko należą się brawa. Tym bardziej ze nieźle się to czyta. Wyszogrodzkiego nazwisko kojarzę nie od wczoraj, chociaż głównie w pamięć zapadł mi jako redaktor zajebiście zapowiadającej się „Muzy”, która klapła na rynku wydawniczym po niecałym roku. No i zdarzyło mu się pisać daaaaawno temu do „Machiny”, niemniej niespecjalnie miałem wyrobiona opinie o jego pisaniu. Teraz już mam. Niezły jest.

Bo niby wspominaliśmy przy okazji dokumentu o RS, ze Jagger i spółka to temat-samograj. Ale co innego nawet parogodzinny film, a co innego trzystustronicowa książka, na dodatek wydana w estetyce lektury szkolnej (PRL, baby) i bez obrazków (są na końcu książki dopiero). Śmiejcie się, dla takiego młota wyznającego zasadę „pierd***, poczekam aż zekranizują” jak ja to dramat. Dlatego tym bardziej ołtarzyk się należy panu Danielowi. Pierwsze strony tego nie zapowiadają, ale później już jest bajka. Podane wszystko na luzie. Aż gęsto od ironicznych lub zwyczajnie dowcipnych komentarzy, przeważnie nawiasowych lub one-linerowych na koniec akapitu. Co więcej, nie szczędzi uwag krytycznych (choć to raczej standard powinien być). I o ile z opiniami na temat płyt można polemizować („Their Satanic Majesties Request” nieporozumieniem? Troszkę przesada.), tak odnotowane wyczyny poszczególnych Stonesów to suche fakty.

No właśnie. Czasem artykuły sygnalizują to, w omawianym parę dni temu dokumencie tak tego nie było widać. Ale lektura „Satysfakcji” daje wyraźnie do zrozumienia, ze Mick Jagger jest burakiem i wręcz negatywnym bohaterem tej książki. Zajebiście utalentowanym (chociaż bez przesady – solowe płyty to ciąg porażek), ale jednak obraz buraka wyłania się z dzieła Wyszogrodzkiego. Niesamowite, jak różne charaktery się złożył na kolektyw The Rolling Stones. Chociaż de facto tutaj jeszcze mniej jest Wattsa i Wymana niż w dokumencie. Tak na dobra sprawę to poza odnotowaniem, ze w zespole pojawili się kolejno Mick Taylor i Ronnie Wood, o tych panach tez niewiele jest. Równie dobrze podtytuł mógłby brzmieć „Historia Micka Jaggera i Keitha Richardsa”. A w przypadku pierwszych rozdziałów dotyczących lat 60tych – bonusowo perypetie Briana Jonesa. którego charakter to jakby wypadkowa cech Jaggera i Richardsa. Plus, co znów odnotowane, największy talent z całego tego towarzystwa.

Zaskakuje w kontekście książki jest, jak bardzo nietrafiona w przypadku panów Micka J. i Keitha R. jest ksywa „Glimmer Twins”. Formalnie wszystko się zgadza –  chodzące definicje lajfstajlu zwanym „sex, drugs & rock’n’roll”. Ale cala reszta – priorytety, pasje, stosunek do innych – diametralnie inna. OK, Richards przez długi czas był tak zaabsorbowany dragami, ze innych priorytetów nie było. Ale i bez nich pewnie zdobyłby się na gest pt. „Brakuje ci 10 tysięcy dolarów? masz, i tak jestem bogaty”. Albo wpaść na koncert bohatera typu Chuck Billy, bez którego przecież nie byłoby RS. nic o tym w książce nie ma, ale pewnie nie byłoby niczym dziwnym zobaczyć Richardsa pijącego dynxa na przedmieściach Londynu. Co innego Jagger. Parcie na sukces, niekoniecznie artystyczny i nie zawsze sukces całego zespołu. Skąpstwo godne Sknerusa McKwacza. Totalna próżność. Brak skrupułów. Palenie mostów za sobą, dążenie do hajlajfu, do bycia GWIAZDĄ. Artysta-biznesman. No i przede wszystkim – pierwszy do podejmowania kompromisów, nawet wbrew sprzeciwom reszty kapeli. Zresztą, przytoczone są słowa samego Jaggera, gdzie bez żenady stwierdza, ze po prostu lubi wykorzystywać ludzi do własnych celów. A właściwie jednego celu. Sukces absolutny. I nawet tragedia z Altamont, gdzie podczas koncertu Stonesów poginęli ludzie, była spowodowana tym, ze Jagger wymarzył sobie własny Woodstock (bo na oryginalny ich nie zaproszono). A jak sobie coś wymarzy, to musi tak się stać. Za wszelka cenę.

Inny fajny aspekt tej książki to dokładne przedstawienie tego, jak kolesie dochodzili do sławy. Przedstawienie poczynań kolejnych genialnych menadżerów (którzy szczęśliwie trafiali na tak podatny materiał do „obróbki” jak Jagger). Można się zastanowić w tym kontekście, czy Rolling Stones słusznie są uznawani za Największy Zespół Rockowy Świata? Fakt, nikt nie kazał ludziom przychodzić na koncerty, fankom piszczeć na ich widok, a krytykom pisać o nich od pewnego momentu w samych superlatywach. Ale może gdzieś w tym Londynie, w tym samym czasie, powstawały inne, jeszcze genialniejsze zespoły, które nie trafiały na takich obrotnych menago, nie miały takiej siły przebicia, zwyczajnie nie potrafiły się SPRZEDAĆ?

Sorry, znów się rozpisałem… Wybaczcie, ale to THE ROLLING STONES. Mus absolutny, również ta książka.

 

najlepszy moment: całość jest najlepsza, ale epilog z Mickiem Taylorem rozwalił mnie doszczętnie

ocena: 8,5/10

Leave a Reply