Rodzaje życzliwości
reżyseria: Yorgos Lanthimos
Nie jestem ekspertem od festiwali filmowych, ale bazując na tych, w których uczestniczyłem dotychczas, mogę wyciągnąć wniosek, że każdy ma swój punkt kulminacyjny – film, na którego seans czekają wszyscy. W przypadku Dwóch Brzegów trudno mi nie oprzeć się wrażeniu, że takim highlightem – przynajmniej jeśli chodzi o frekwencję – były „Rodzaje życzliwości”. Co akurat można zrozumieć – film ze znaną obsadą (to zawsze jest wabik, niezależnie jak alternatywny byłby festiwal), miesiące przed oficjalną polską premierą, na dodatek mówimy o nowym filmie twórcy, który z poprzednim swym dziełem – „Biednymi istotami” – zgarnął wszelkie możliwe nagrody. Najkrócej rzecz ujmując – poprzeczka zawieszona dość wysoko. Oczywiście na usta ciśnie się więc pytanie – czy udało się ją przeskoczyć?
Cóż, gdyby uwzględniać ilość osób wychodzących z kina z wymalowanym zdegustowaniem na twarzy, można by mieć problem z odpowiedzią twierdzącą. Oceny na IMDB czy Filmwebie, zarówno krytyków, jak i publiczności, również są wyjątkowo zgodne i w dziesięciopunktowej skali nie dobijają do „siódemki”. I tu wyprzedzę już to, co powinienem na końcu oznajmić – mnie też „Rodzaje życzliwości” nie zachwyciły. Ale tu muszę doprecyzować – filmy, które mnie zachwycają (a przynajmniej ich większość), rezonują we mnie jeszcze długo po seansie, rozkminiam je, wspominam. To nie jest case nowego dzieła Lanthimosa. Co nie zmienia faktu, że przez prawie trzy godziny seansu oglądałem to, co Grek wymyślił, z wybałuszonymi oczami.
Trzy opowieści, każda z dokładnie tym samym zestawem aktorów. Powiązania? Poza tym, że każda nawiązuje w tytule do tej samej postaci („R.M.F.” – taki miał być też jeden z pierwotnych tytułów filmu), to brak – przynajmniej teoretycznie. Bo w praktyce motywem wspólnym jest Uczucie. Ale nie, nie nazwałbym go życzliwością – tytuł filmu (polskie tłumaczenie aż tak daleko nie odbiega od oryginalnego „Kinds of Kindness”) odbieram jako typową zgrywę, nieobcą temu reżyserowi. W każdej definicji „życzliwości” jest też „bezinteresowność” – coś, co zupełnie nie występuje w relacjach bohaterów tych opowieści. Jest za to ślepe oddanie przywódcom sekty. Jest chłopina, który całe życie swoje i swojego domu podporządkowuje swojemu przełożonemu. Jest też i kobieta, która, aby udowodnić, że jest tym, za kogo się podaje (wcześniej została uznana za zaginioną), posuwa się do najgorszego masochizmu. Wiara, nadzieja, miłość? Tak, ale w najbardziej wynaturzonych formach.
Zapewne zauważyliście już, że wszędzie lubię doszukiwać się wątków lynchowskich. Nie inaczej będzie tutaj. Bo tak jak „Blue Velvet” zostało zbudowane na bazie piosenki o tym samym tytule, tak „Rodzaje życzliwości” to, najkrócej rzecz ujmując, wariacja na temat „co by było, gdyby „Sweet Dreams (Are Made of This)” Eurythmics było filmem”. To utwór, który słyszymy już na etapie intra z logiem studia filmowego i chociaż później już nie wybrzmiewa, to de facto ustawia całą percepcję filmu. Bo dokładnie film jest o tym samym co tekst piosenki – o niezdrowym wręcz poszukiwaniu spełnienia. Czyli o tym, co motywuje główne postaci każdej z opowieści.
Ale też jest to wariacja nie tylko na temat tekstu ejtisowego hitu, co też na poziomie samego tytułu. I tu wraca znów Lynch – bo „Rodzaje życzliwości” rzeczywiście ma vibe sennego koszmaru na jawie. Najbliżej temu do „Mulholland Drive”, ale z drugiej strony – w najcięższych momentach wchodzi tu, cała na biało, „Głowa do wycierania”. Przy czym wciąż jest to w pełni autorskie dzieło Lanthimosa – o ile groteska i czarny humor są u Lyncha przyprawami, u Greka stanowią niemalże fundament. Nawet choćby na poziomie scenografii czy kostiumów (sweterki!).
Długi ten wpis jak na film, który, jak wspomniałem, mnie nie zachwycił, a przecież nie wspomniałem jeszcze o najważniejszym – Aktorzy. Rany boskie, co Jesse Plemons tu wyprawia – jak on nie dostał choćby nominacji do Oscara, nie mieści mi się w głowie (dobrze, że chociaż decydenci Złotych Globów byli bardziej rozumni). Trzy role, a każda lepsza od poprzedniej. Ostatniego takiego aktorskiego hat-tricka widziałem… tak, tak, w „Twin Peaks: The Return” w wykonaniu Kyle’a MacLachlana. Nie ustępuje mu na krok ulubienica Lanthimosa, Emma Stone (trzeci film z rzędu razem!) – gdyby „Rodzaje” były mainstreamowym filmem, to scena tańca stałaby się viralem na TikToku. Willem Dafoe? Tu raczej jako dopełnienie „świętej trójcy”, ale wciąż ten aktor to klasa sama w sobie.
Biorąc pod uwagę, jakie wrażenie wywarł na mnie film w trakcie seansu oraz jak dobrze mi się go tu wspomina, ocena końcowa powinna być o wiele wyższa. A mimo to trudno mi się oprzeć wrażeniu, że to mógł być lepszy film i nie wszystko w nim zagrało tak, jak powinno. Ale to zawsze będę podkreślał – wolę ambitne porażki artystyczne (chociaż grzechem byłoby nazwać „Rodzaje” porażką) niż udane wyrobnictwo
najlepszy moment: na równi – Jesse Plemons całokształt oraz Emma Stone tańcząca
ocena: 8/10
