rageman.pl
Inne

Rekapitulacja roczna – 2014

2014Pewne rzeczy w przyrodzie muszą się dziać. W sezonie letnim przygrzewa słońce, na jesień opadają liście, a zima jak co roku zaskakuje drogowców. Zaś na początku stycznia na tym blogu pojawia się podsumowanie roku ubiegłego.

Nie wiem kiedy ta tradycja się pojawiła ani jak ją powstrzymać, ale na swój sposób ją lubię. Bo chociaż ma on dość ekshibicjonistyczny wymiar, to nie ukrywam, że potrzebuję takiego rachunku minionych 12 miesięcy. Pewnie, zdaję sobie sprawę, że mógłbym to zrobić w wordzie i zapisać na kompie, nie ma konieczności publikowania swoich wynurzeń w internecie. Ale w dobie mediów społecznościowych, w której nawet twój pies ma profil na fejsie, a selfie są robione nawet podczas defekacji, trudno mówić o blogowaniu jako przesadnym uzewnętrznianiu się. I tym samym można uznać, że mamy jakiś tam wstęp. Przejdźmy zatem do meritum.

Krótko – to był świetny rok. Nie idealny, bo sporo było też rzeczy niefajnych, zwłaszcza pod koniec roku. Ale all in all, minusy zdecydowanie giną w morzu plusów. Jeśli miałbym podsumować ten rok jednym słowem, pierwsze jakie ciśnie się na usta to „przełomowy”. Tak w życiu prywatnym jak i zawodowym, przy czym korelacja oby sfer były wyjątkowo silne. De facto to zmiany w jednej pociągały zmiany w drugiej i na odwrót. Zawodowo po okresie zawirowań, prób i błędów udało się wreszcie wrócić na właściwiy tor. Ba, właściwie to po raz pierwszy czuję, że na takowym się znalazłem. Wiązało się to z przeprowadzką do stolicy i choć na Legię nigdy nie pójdę, a od burgerów wolę tradycyjnego gdańskiego kebsa, to ani przez moment nie żałowałem tej decyzji. Czasem gardzę Warszawą, częściej jednak jaram się na myśl, ile jeszcze możliwości, nowych miejsc do odkrycia tutaj.

I chyba na tym właście ten 2014 zleciał – na odkrywaniu Warszawy. Ale też na odkrywaniu życia z drugą osobą, życia – jakkolwiek pretensjonalnie to nie zabrzmi (choć pewnie nie bardziej niż cała ta notka) – dorosłego. I planowanego długofalowo. Ale wrócmy do mniej osobistych sfer.

W nagromadzeniu tych wszystkich zajebistości, nowych doświadczeń, kapitalnych znajomości, praktycznych skillsów, z przyczyn ograniczeń czaoswych musiało się to wszystko odbyć kosztem czegoś. Padło na ten blog. I choć już końcówka roku 2013 zapowiadała taki stan rzeczy, to nie sądziłem że będzie aż tak źle. 32 notki. Tyle się w najlepszych czasach robiło w miesiąc, a nie w rok. Co gorsza jednak, ten brak aktywności to przede wszystkim pokłosie faktu, że na samo słuchanie muzyki czy ogólnie aktywność kulturalną zabrakło miejsca w tym roku. Choć może precyzując – muzyki było mnóstwo, trudno by było inaczej pracując w wytwórni muzycznej. Ale słuchanie muzyki jako element obowiązków zawodowych a słuchanie muzyki dla siebie to jednak inna para kaloszy. Co nie znaczy, że nie ma między tymi dwoma punktów stycznych. Parę takowych zresztą poniżej odnotuję. Zbieżność wydawców poniższych piosenek/albumów nieprzypadkowa.

Ale zaczniemy wyliczankę nie od muzyki:

 

WYDARZENIE ROKU

Twin-Peaks-The-Entire-Mystery-ftr

 

 

 

 

 

Co tu dużo mówić – to był genialny rok dla psychofanów Twin Peaks, do których pozwalam się zaliczać. Najpierw gdzieś w pierwszym kwartale roku gruchnęła wieść o wydaniu serialu na Blu-Ray. Niby nic specjalnego, ot kolejny nośnik. Ale po pierwsze – z tej okazji odrestaurowano całość. Jasne, z materiału kręconego 25 lat temu, kiedy szczytem technologii był VHS, nie da się wycisnąć rzeczy porównywalnej z blu-rayami kręconymi współcześnie, gdzie widać każdą krostę na twarzy aktora. Ale jednak to co wykręcono z „Twin Peaks” naprawdę robi wrażenie. Po drugie – po raz pierwszy zestawiono z sobą serial oraz film „Ogniu Krocz Za Mną”. Jest sporo hejterów tego dzieła, ale umówmy się – zalicza się on do kanonu i tyle, ponowny seans pozwolił mi się tylko utwierdzić w tym, że jest to świetny film, choć bardzo trudno w odbiorze, przy którym serial to kino familijne. No i po trzecie i najważniejsze – DODATKI. MORZE DODATKÓW. Samo obejrzenie ich mi zajęło ogrom czasu, a jeszcze nie skończyłem! W kontekście okołoserialowych rzeczy otrzymujemy głównie materiały promocyjne – wywiady (także kilka nakręconych niedawno!), spoty reklamowe itepe itede. Większość to materiały które już ujrzały światło dzienne, choćby na DVD w wersji deluxe, co bardziej wtajemniczeni mogli je wyłuskać z youtube’a czy generalnie z sieci.  Ale dobrze mieć wszystkie te materiały w jednym miejscu. Największą wartość tego wydawnictwa to blisko 2 godziny scen wyciętych z „Ogniu Krocz Za Mną”. I to jest, co tu dużo mówić, absolutna petarda. Legendarny materiał, w którego opublikowanie przestali już wierzyć najwięksi Twin Peaks-optymiści. Marzenia się spełniają. Tematowi tego Blu-raya poświęce zresztą osobną notkę, jak już obejrzę wszystkie dodatki. Może się uda w tym roku

I kiedy już wydawało się, że po ukazaniu się tego blu-ray’a życie tysięcy fanów TP stało się kompletne, świat obiegła kolejna wiadomość. Twin Peaks, sezon 3. W 2016 roku. 9 odcinków, wszystkie stworzone przez tandem Lynch & Frost. Świat stał się nagle tak cudowny, jakby chciał przeprosić za te wszystkie wojny, biedę i choroby mające miejsce od stuleci. Oczywiście wybaczyłem mu w mig.

Honorable mention: Sony Music PL, Portugalia trip, Mundial 2014

 

ROZCZAROWANIE ROKU

Ciężko wyróżnić. Nic nie rozminęło się aż tak z moimi oczekiwaniami, aby tutaj wyróżnić. Nie spodziewałem się wiele po „Man On The Run” Bush, choć kiedyś, nie ukrywam, trochę z nimi sympatyzowałem. „Nimfomanka cz. 1” Larsa Von Triera okazała się lekko przereklamowana, ale to wciąż kino warte obejrzenie (a że jak się okazało nie na tyle, bym chciał oglądać drugą część, to już inna sprawa). A jeśli chodzi o „Spidermana 2” to trzeba być naprawdę komiksowym freakiem, by mieć nadzieję że ten film nie będzie kupą.

 

GUILTY PLEASURE ROKU

Nie wiem o co chodzi. Ten numer to przecież „Love Me Again” tego drugiego, tyle że z doładowaniem elektro, jakiego mnóstwo teraz w Esce i tego typu mediach. A jednak za każdym razem jak go słyszę to gęba mi się cieszy jak dziecku na widok lizaka. Miliony odtworzeń na Spotify nie dziwią, choć jeśli ktoś myślał, że takie akcje dzieją się spontanicznie, to cóż – teraz wiem, że tak nie jest. Ten rok to także rok pożegnania z idealistyczną zajawką muzyką.

Honorable mention: The Script – Superheroes, Grzegorz Hyży & TABB – Na Chwilę

 

FILM ROKU

ona

 

 

 

 

 

 

Ok, to nie jest zbyt wiarygodny wybór, biorąc pod uwagę fakt, że wizyty w kinie w zeszłym roku mogę zliczyć na palcach jednej ręki, a na kompie filmów nie oglądam. Ale naprawdę jestem przekonany, że gdyby tych obejrzanych filmów było kilkadziesiąt razy więcej, to „Ona” byłaby w ścisłej czołówce. Serio – jeśli zadaniem sztuki jest zmieniać życie odbiorcy, to „Ona” zadanie realizuje. No, może nie od razu abym był innym człowiekiem, ale parę cegiełek w głowie, dawno nieruszanych, się poprzestawiało. Cynicy dissują film że pretensjonalny, że over the top i inne bzdury. Ale ci sami ludzie jeszcze niedawno całowali Spike’a Jonze’a po rączkach za choćby „Być Jak John Malkovich”, więc może to w nich problem? Może na pewno? Być może nie da się opowiadać o miłości bez jakichkolwiek pompatycznych, banalnych, może nawet kiczowatych nut? Jonze w „Niej” jest dla mnie tak daleko od nich, jak tylko to było możliwe. Jeśli ktoś miał podjąć tak ostateczny temat jak miłość, to zdecydowana większość życzyłaby sobie, by był to Jonze. Nie mówcie więc do cholery, że to jego wina, że Wam się film nie podobał. Get a life, punks.

Honorable mention: „Bogowie”

 

PIOSENKA ROKU

Czasem bywa tak, że piosenka która rozwala Ci mózg zaatakuje z najmniej spodziewanej strony. No bo tak – był sobie zespół Fun. czy jak oni tam się zwali z jedną z bardziej irytujących piosenek ostatnimi czasy „We Are Young”. Nie wiem jaki jest aktualny status zespołu, w każdym bądź razie gitarzysta tegoż tworzy sobie projekt solowy, który przechodzi zupełnie niezauważony tak przez publikę, jak i krytyków. Ci od masówki mają go w dupie, a od Sztuki przez „S” spławiają jako rzecz zbyt popową. Tymczasem okazuje się, że koleś stworzył płytę pełną stadionowych petard, z którymi mógłby ruszyć we wspólną trasę z Roxette za najlepszych ich lat i wygrać wszechświat. Może dla Was to co najwyżej guilty pleasure, dla mnie numer który grając na ckliwych nutach (tak w obrębie muzyki, jak i liryki) brzmi jak soundtrack do najważniejszych wydarzeń w życiu.

Honorable mention: sporo tych dobrych tracków było, ale skoro na podium zostały tylko 2 miejsca, to niech będzie Mark Ronson – Uptown Funk i Curly Heads – Diadre

 

ALBUM ROKU

LEONARD COHEN – Popular Problems

Równie dobrze moglibyśmy tu dać kategorię WTF Roku. Bo umówmy się – w wieku 80 lat generalnie nie tworzy się muzyki. A tymczasem po latach posuchy (choć osobiście lubię „Ten New Songs”) kolo nagrał album, który każe się zastanowić, czy jest sens słuchać twórczości ludzi poniżej 50 roku życia. Bo co oni mogą wiedzieć o życiu? Jeszcze kilka lat temu wydawało mi się, że Cohen popadł w pewną niszę muzycznego hochsztaplera, który coś tam wymruczy na tle niespiesznych (eufemizm) pokładów, a i tak każdy krytyk zesra się, a w Polsce będzie platynowa. Ale nie, ta płyta naprawdę jest dobra. Mądra. Wysmakowana. Najbardziej cool dziadek na ziemi.

Honorable mention: Bleachers – Strange Desire, Curly Heads – Ruby Dress Skinny Dog

 

RAPSY ROKU

Pamiętam ten dzień jak wczoraj – De La Soul wrzucają całą swoją dyskografię w internet, za free! Jako osoba która interesuje się także branżową otoczką muzyki trochę mnie ten ruch przeraził, ale jako słuchacz byłem ujarany po pachy. Bo przecież mówimy o Klasyce Rapu – dziś trochę zapomnianej (stąd po części przecież ten ruch z darmową publikacją), ale nawet teraz „3 Feet High And Rising” słucha się kapitalnie, nawet jeśli rzeczywiście lekka patyna jest wyczuwalna.

 

MECZ ROKU

Andrzej, pozdrawiam Cię!

 

That’s all folks. Być może w tym roku będziemy się regularniej widywać, być może dopiero na emeryturze wrócę do regularnego pisania. Ale jedno jest pewne –

Leave a Reply