rageman.pl
Muzyka

Rage Against The Machine – Live At The Grand Olympic Auditorium

Rage_Against_the_Machine_-_Live_at_the_Grand_Olympic_Auditoriumrok wydania: 2003

wydawca: Epic

 

wczoraj bylo hardcore punk rockowo, dzis wiec buntujemy sie dalej. a kto lepiej potrafil przelozyc wscieklosc na dzwieki niz Bunt Przeciwko Maszynie?

niektorzy pewnie opinie wysmieja. zrozumiem. no ja nic nie poczne, od tego zespolu zaczela sie dla mnie swiadoma przygoda z muzyka. no i dzieki temu zespolowi, jakby nie bylo, powstala ma ksywa. i chociaz ideologicznie zdecydowanie zdystansowalem sie do tej kapeli, to jednak muzyka wciaz kaze padac na kolana.

historyczny koncert, bo ostatni (oczywiscie w chwili wydania, bo od jakiegos czasu o ratm mozemy znow mowic w czasie terazniejszy). chociaz ponoc w dniu jego rejestracji takiej swiadomosci nie bylo. ot, kolejny koncert. a jednak cos sie pozniej posypalo, pojebalo… no i sie skonczylo. dlatego wyrazenie „graja tak jakby to mial byc ich ostatni koncert w zyciu” nie jest zupelnie od czapy.

oj, a graja naprawde tak, graja. rzeklbym, ze zywiolowo. rzeklbym, ze rozpiera ich energia. ale to nie odda istoty sprawy. ich ta energia ROZPIERDALA. o wlasnie tak. wiecie, dla mnie audioslave byl slabym zespolem. zaskakujaco slabym. zaskakujaco, bo to przeciez bylo tych samych trzech kolesi. najwidoczniej nie ta chemia, nie ten koncept na muzyke. im najlepiej wychodzi jak sie wsciekaja. jak zapodaja hardrock zmieszany z hiphopem z punkowym przytupem. jak jest muzyczno-ideologiczna calosc. jak wspomnialem, nie ruszaja mnie juz pewne rzeczy w tym co widze na tym dvd. che guevara to byl zwykly morderca, a socjalistyczne zapedy moze same w sobie nie sa zlem, ale jak historia pokazala, lepiej jak konczy sie na zapedach. ale zapomnijmy o tym, o co im chodzi. zabawa polega na tym, ze o cos im chodzi i artykuuja to w genialny wrecz sposob.

zaczyna sie od „bulls on parade”. i jest to tutaj jedyny reprezentant „evil empire”. dramatem wielkim to nie jest, bo to ma najmniej ukochana plyta, ale jednak dwa-trzy numery mogly sie do setlisty zalapac. reszta to juz jest raczej zrownowazona reprezentacja reszty dyskografii, rowniez z promowanym wtedy cover-albumem „renegades”. setlista wiec do idealnych w mym skromnym mniemaniu nie nalezy, ale jakis ewidentnych wtop nie ma. wszystkie dobre single sie zalapaly. opener debiutu „bombtrack”, „bullet in the head” z tradycyjnie rozkladajaca na lopatki koncowka. „sleep now in the fire” z kapitalnym rokendrolowym riffem. genialny „no shelter”, singlowy rarytas (takie rejdzowe „strawberry fields forever”, if ya know what i mean). pozostale singlowe czadersy z „battle of los angeles” –  „testify” i „guerrilla radio”. no i tradycyjnie na final „freedom”, chyba najlepsze wykonanie live tego numeru, jakie widzialem w ich wykonaniu. najsympatyczniej jednak robi sie gdy wchodza goscie specjalni w postaci b-reala i sen doga. to oznacza jedno – cypress hillowe „how I could just kill a man”. miazga.

fajnie stoi sprawa z bonusami. sa dwa outtejki z koncertu w postaci „people of the sun” i „know your enemy” (ah, brakuje Pana Maynarda). sa tez dwa klipy. „how I could just kill a man” to montaz scen dokumentujacych cala historie ratm. zwazywszy na to, ze byl to ostatni ich singiel, rzecz spelnia role epitafium wrecz. drugi klip to calkowity rarytas – zbannowany w tv „bombtrack” z debiutu. rzut okiem na pierwsze sceny i juz wszystko wiadomo. jada po amerykanskim governmencie jak po lysej kobyle. zreszta, jak zawsze. ale tym razem naprawde zaciekle.

najbardziej jednak w dodatkach zaciekawia 6-numerowy fragment z 2000. okolicznosci nietypowe – Zjazd Demokratow czy cos w tym stylu. ze wzgledu na kontekst wizualnie wypada to kapitalnie. ta maszerujaca policja, plonace flagi… zamieszki wisialy w powietrzu od pierwszej sekundy. niestety rzecz daje dupy jesli chodzi o jakosc dzwieku, wiec dlatego to tylko dodatek. ale jak tak ogladalem ten koncert to przyszla mi jedna rzecz na mysl… ostatnio gdzies znalazlem na necie info, ze muzyczna gwiazda przyszlej rocznicy Powstania Warszawskiego ma byc wybierana przez spoleczenstwo. kandydatow jest sporo – od Davida Bowiego, przez Pearl Jam, na Megadeth konczac. oczywiscie wygrywaja tak bardzo kojarzace sie z PW zespoly jak Metallica i Red Hot Chili Peppers. ale na liscie jest tez RATM. no i tak sobie mysle… jesli nie w ramach tego reunionu koncertowego, jesli nie przy takiej okazji, to kiedy? kiedy zawitaja do Polandu? okej, moze kogos zmierzic, ze komuchy i rocznica PW. no ale kurde, znacie bardziej zbutnowany zespol mainstreamowego rocka? znacie bardziej waleczny epizod historii Polski niz PW? no i HELOU! red hot chili peppers?

 

najlepszy moment: HOW I COULD JUST KILL A MAN (feat. Cypress Hill)

ocena: 8/10

Leave a Reply